Zanim w ogóle pomyślimy o planowaniu, usiądźmy na chwilę i spójrzmy na jedną liczbę… nie, nie na tę z umowy. Chodzi o to, co naprawdę wpada na konto, czyli dochód netto — to, co zostaje po odjęciu składek i podatku. Reszta to w sumie już tylko trochę liczenia i kilka decyzji. No i całe to pytanie, jak zaplanować budżet domowy, sprowadza się raczej do jednego: czy mieścimy się w tej liczbie, czy ją przekraczamy.
Doradcy finansowi powtarzają w kółko jedną rzecz, taką porządkującą. Najpierw spisujemy wszystko, co wpływa i co wypływa, przez cały miesiąc. I dopiero potem dzielimy te kwoty na grupy… a nie na odwrót.
Metoda 50/30/20 dzieli wypłatę na trzy koszyki
Najpopularniejszy sposób na podział dochodu to schemat 50/30/20. Spopularyzowała go amerykańska prawniczka i senator Elizabeth Warren w książce „All Your Worth”, a polskie serwisy finansowe opisują go dziś jako taki punkt wyjścia dla początkujących.
Reguła dzieli nam dochód netto na trzy części i wygląda to mniej więcej tak. Połowa idzie na potrzeby, czyli koszty, których po prostu nie da się pominąć. Trzydzieści procent to zachcianki, no a dwadzieścia trafia na oszczędności i spłatę długów.
Do potrzeb wrzucamy czynsz, ratę kredytu mieszkaniowego, rachunki, jedzenie, leki i dojazdy do pracy. Zachcianki to z kolei restauracje, subskrypcje, nowy telefon czy weekendowy wyjazd. A ten ostatni koszyk to poduszka finansowa i nadpłaty zadłużenia.
Tylko że ten schemat wcale nie jest sztywny, i to ważne. Przy niższych dochodach koszt mieszkania potrafi zjeść znacznie więcej niż połowę wypłaty, więc proporcje raczej przesuwają się w stronę potrzeb. Bankier.pl w poradnikach o finansach osobistych zaznacza zresztą, że to model orientacyjny, a nie norma, którą trzeba zrealizować co do złotówki.
Przeciętne gospodarstwo najwięcej wydaje na mieszkanie i jedzenie
Z badań budżetów gospodarstw domowych, które prowadzi Główny Urząd Statystyczny, wychodzi, że największe pozycje w polskim portfelu to żywność oraz utrzymanie mieszkania. Te dwie kategorie razem regularnie przekraczają połowę miesięcznych wydatków — i to nie raz na jakiś czas, tylko właściwie cały czas.
Dalej w kolejce mamy transport, zdrowie no i łączność z rekreacją. I ciekawe jest to, że ta struktura wydatków zmienia się razem z dochodem: im wyższe zarobki, tym mniejszy udział żywności, a większy udział rekreacji i kultury.
Ta obserwacja ma całkiem praktyczne znaczenie. Skoro żywność i mieszkanie pochłaniają najwięcej, to właśnie tam siedzą największe rezerwy oszczędności. A do tego są to akurat kategorie, w których łatwo przeoczyć takie drobne, powtarzalne kwoty.
Budżet domowy: jak zaplanować podział dochodu na konkretnym przykładzie
Weźmy sobie dochód netto na poziomie 6000 zł miesięcznie dla jednej osoby. Metoda 50/30/20 przypisuje wtedy 3000 zł na potrzeby, 1800 zł na zachcianki i 1200 zł na oszczędności.
W praktyce wygląda to tak, że z koszyka potrzeb opłacamy najem albo ratę, prąd, gaz, internet, jedzenie i bilet miesięczny. Z koszyka zachcianek finansujemy wyjścia i subskrypcje. No a z tej trzeciej części budujemy sobie rezerwę na nagłe wydatki.
Poniższa tabela pokazuje podział dla trzech poziomów dochodu netto.
| Dochód netto | Potrzeby (50%) | Zachcianki (30%) | Oszczędności (20%) |
|---|---|---|---|
| 4000 zł | 2000 zł | 1200 zł | 800 zł |
| 6000 zł | 3000 zł | 1800 zł | 1200 zł |
| 9000 zł | 4500 zł | 2700 zł | 1800 zł |
Poduszka finansowa to od trzech do sześciu pensji
Specjaliści od finansów osobistych dość zgodnie wskazują pierwszy cel oszczędzania, a mianowicie: rezerwę na wypadek, gdyby nagle zniknął nam dochód. Najczęściej podają przedział od trzech do sześciu miesięcznych kosztów życia.
Przy wydatkach rzędu 4000 zł miesięcznie wychodzi nam od 12 000 do 24 000 zł odłożone na osobnym koncie. Serwis money.pl w materiałach o oszczędzaniu podkreśla, że taka rezerwa ma być łatwo dostępna — a nie zamrożona w inwestycjach o zmiennej wartości, bo wtedy w sumie mija się to z celem.
I dopiero jak już zbudujemy tę poduszkę, doradcy sugerują przejście do celów długoterminowych. Mowa tu o inwestowaniu, dodatkowej emeryturze czy spłacie droższych kredytów przed terminem.
Najwięcej pieniędzy ucieka w drobnych, powtarzalnych kwotach
Analitycy budżetów domowych wskazują na zjawisko, które naprawdę trudno wyłapać bez zapisków: subskrypcje i mikropłatności. Pojedyncza opłata za serwis streamingowy wydaje się totalnie nieistotna, ale kilka takich pozycji rocznie daje sumę liczoną już w setkach złotych.
Drugim takim cichym kosztem są odsetki od zadłużenia na kartach i w chwilówkach. Tu rachunek bywa naprawdę brutalny, bo oprocentowanie kredytu konsumenckiego należy do najwyższych na rynku.
Dlatego porządki w budżecie zwykle zaczynamy od wypisania wszystkich cyklicznych obciążeń. Subiektywnie o Finansach w poradnikach radzi przejrzeć wyciąg z konta za trzy ostatnie miesiące i zaznaczyć każdą powtarzającą się płatność.
Część z tych pozycji okazuje się po prostu zbędna. A inne da się jakoś tam obniżyć — przez zmianę taryfy, operatora czy pakietu.
Aplikacja albo zwykły arkusz — narzędzie ma jedną funkcję
Forma zapisu w sumie nie ma większego znaczenia, dopóki spełnia jeden warunek: pokazuje saldo na bieżąco. Część osób korzysta z aplikacji bankowych, które same kategoryzują transakcje. Inni wolą arkusz kalkulacyjny albo zwykły papierowy zeszyt… i to też jest okej.
Mechanizm i tak zostaje ten sam. Na początku miesiąca wpisujemy planowane kwoty w każdej kategorii, a w trakcie odejmujemy to, co realnie wydaliśmy. I właśnie ta różnica między planem a wykonaniem mówi nam, gdzie budżet się nam sypie.
Po pierwszym pełnym miesiącu plan korygujemy. Zwykle okazuje się, że jedną kategorię niedoszacowaliśmy, a inną przeszacowaliśmy, no i wtedy proporcje trzeba trochę poprzesuwać.
Metoda kopertowa działa dokładnie tak samo, tylko że fizycznie. Gotówkę rozdzielamy do osobnych kopert na poszczególne wydatki, a pusta koperta oznacza koniec budżetu w danej kategorii — aż do następnej wypłaty.