Wyobraź sobie, że ustawa już przeszła przez Sejm i Senat, a teraz leży na biurku prezydenta i… no właśnie, on ma na nią 21 dni. Może podpisać albo odmówić. I ta odmowa to właśnie weto — w sumie jedno z najmocniejszych narzędzi, jakie głowa państwa ma w całym procesie tworzenia prawa. Pytanie „weto prezydenta co to jest” wraca u nas właściwie przy każdej większej awanturze między pałacem a większością w parlamencie, a takich sporów mieliśmy już sporo.
Czym to weto jest, jak na to spojrzymy na chłodno? To formalna odmowa podpisania ustawy i odesłanie jej z powrotem do Sejmu razem z umotywowanym wnioskiem o ponowne rozpatrzenie. Całą procedurę reguluje artykuł 122 Konstytucji z 2 kwietnia 1997 roku. Prezydent korzysta z weta zamiast podpisu — i zamiast trzeciej drogi, czyli skierowania ustawy do Trybunału Konstytucyjnego.
No i kiedy ustawa wpłynie do Kancelarii Prezydenta, zegar rusza od razu, bez żadnej zwłoki. „Prezydent Rzeczypospolitej podpisuje ustawę w ciągu 21 dni od dnia przedstawienia i zarządza jej ogłoszenie w Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej” — stanowi art. 122 ust. 2 Konstytucji. Po tym terminie prezydent nie może już odmówić podpisu. Po prostu mu się czas kończy.
Weto prezydenta co to jest w praktyce legislacyjnej
Konstytucja nazywa to wprost odmową, więc nie ma co kombinować. „Jeżeli Prezydent Rzeczypospolitej nie wystąpił z wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego w trybie ust. 3, może z umotywowanym wnioskiem przekazać ustawę Sejmowi do ponownego rozpatrzenia” — czytamy w art. 122 ust. 5. Czyli uzasadnienie jest obowiązkowe, a sprawa i tak wraca do izby niższej.
Tu jest jedno ograniczenie i ono jest raczej kluczowe. Prezydent nie może jednocześnie zawetować ustawy i wysłać jej do Trybunału. Musi wybrać jedną ścieżkę, jedną albo drugą. Jak już zdecyduje się na weto, to zamyka sobie drogę do kontroli konstytucyjności tego samego aktu.
W naszej tradycji ustrojowej mówi się o wecie zawieszającym, a nie absolutnym. To znaczy mniej więcej tyle, że parlament ma narzędzie, żeby ten sprzeciw prezydenta jakoś tam przełamać. Weto wstrzymuje ustawę… ale jej nie grzebie ostatecznie.
Kiedy Sejm odrzuca weto prezydenta
Próg jest wysoki — i to celowo, nie przez przypadek. „Po ponownym uchwaleniu ustawy przez Sejm większością 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów Prezydent Rzeczypospolitej w ciągu 7 dni podpisuje ustawę” — precyzuje art. 122 ust. 5 Konstytucji. Zwykła większość tu nie wystarczy, i tyle.
Liczmy to spokojnie. Ustawowa liczba posłów to 460. Połowa, czyli kworum, to obecność minimum 230 z nich. I dlatego do odrzucenia weta potrzeba 3/5 głosów obecnych, a nie 3/5 całej izby. Przy pełnej sali wychodzi z tego 276 głosów za.
Ta arytmetyka decyduje w sumie o losie całej masy projektów. Większość rządząca, która nie ma tych 3/5, w praktyce nie odrzuci weta bez głosów spoza koalicji — no nie da rady. Dlatego część zawetowanych ustaw nigdy nie wraca pod głosowanie, bo po prostu brakuje matematyki, żeby je obronić. Szczegółowe zestawienia kolejnych wet i tego, co się z nimi działo, prowadzi serwis prawo.pl, który opisuje przebieg prac legislacyjnych.
A jak Sejm ten próg osiągnie, to prezydent traci pole manewru. Ma wtedy 7 dni na podpis i już nie może odesłać ustawy ani skierować jej do Trybunału. Koniec, klamka zapadła. Bieg tych zdarzeń analizowała zresztą redakcja rmf24.pl przy ostatnich sporach o weta.
I jeszcze jedno — sam termin 7 dni jest krótszy niż te pierwotne 21 dni na podpis. Konstytucja zakłada, że jak już weto zostanie przełamane, to procedura ma się skończyć szybko, bez kolejnej zwłoki ze strony głowy państwa.