Ustawa wiatrakowa co to jest i skąd zasada 10H
No więc wyobraź sobie, że chcesz postawić wiatrak gdzieś pod miastem, a tu się okazuje, że nie wolno, bo dom sąsiada za blisko… i mniej więcej o tym jest cała ta gadka. Ustawa wiatrakowa to taka potoczna nazwa przepisów, które od 2016 roku decydują o tym, jak blisko domów mogą w ogóle stanąć turbiny wiatrowe na lądzie. I dlatego za każdym razem, kiedy do Sejmu wraca nowa wersja nowelizacji, ludzie znowu wpisują w wyszukiwarkę „ustawa wiatrakowa co to jest”. Tak jest i teraz, w czerwcu 2026 roku.
Konkretnie chodzi nam o ustawę o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych z 20 maja 2016 roku. To ona wprowadziła tę słynną zasadę 10H. A mianowicie: turbinę można było postawić tylko w odległości równej dziesięciokrotności jej całkowitej wysokości od najbliższych zabudowań. Czyli sporo.
W praktyce wychodził z tego bufor rzędu 1,5–2 kilometrów. I no… przez to budowa nowych farm na lądzie praktycznie stanęła. Branża nie mówiła nawet o regulacji, tylko wprost nazywała ten przepis blokadą.
Pierwsza korekta przyszła dopiero w 2023 roku. Wtedy to sztywne 10H zastąpiono minimalną odległością 700 metrów, ustaloną poprawką posła Marka Suskiego. I to właśnie ten próg obowiązuje dziś.
Weto prezydenta i mrożenie cen prądu
Kolejny etap miał być takim przełomem, na który wszyscy raczej czekali. W sierpniu 2025 roku Sejm uchwalił nowelizację, która skracała odległość do 500 metrów, a do tego jeszcze mroziła ceny prądu dla gospodarstw domowych do końca roku. Te dwie sprawy połączono po prostu w jednym akcie.
Tyle że prezydent Karol Nawrocki ustawę zawetował. I uzasadnił to dość ostro. „Ta ustawa dotyczy wiatraków, a nie obniżenia cen energii elektrycznej” — stwierdził, dodając, że łączenie obu kwestii „jest rodzajem szantażu większości parlamentarnej i rządu”.
No i po wecie projekt wrócił do prac. Tym razem rząd rozdzielił zamrożenie taryf od przepisów o turbinach — czyli już osobno — a o szczegółach kolejnej wersji pisała money.pl.
Co realnie zmienia odległość 500 metrów
Tu stawką jest przede wszystkim dostępny teren, i to chyba sedno całej sprawy. Według Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej skrócenie progu z 700 do 500 metrów podnosi możliwą moc nowych projektów na lądzie nawet o 60–70 procent. Sporo, prawda?
W liczbach wygląda to mniej więcej tak. PSEW szacuje potencjał ekonomiczny przy 500 metrach na 41,4 GW do 2040 roku, a przy obecnych 700 metrach — na 22,19 GW. Różnica to dziesiątki gigawatów, czyli naprawdę dużo.
I organizacja nie zostawia tu żadnych złudzeń co do wersji bez tej zmiany. „Bez 500 metrów ustawa wiatrakowa będzie tylko bublem — przez 10 lat nie powstanie żadna nowa farma wiatrowa” — ostrzega PSEW.
Projekt ma też jakoś tam złagodzić koszty społeczne. Mieszkańcy gmin z turbinami mają korzystać z funduszu partycypacyjnego, czyli takiego bezpośredniego wsparcia sięgającego do 20 tysięcy złotych rocznie. A do tego utrzymane zostają bufory przyrodnicze: 1500 metrów od parków narodowych oraz 500 metrów od rezerwatów i obszarów Natura 2000.
Rząd z kolei przekonuje, że te 500 metrów to kompromis już w sumie dograny. „Mamy konsensus w sprawie odległości 500 m od farm wiatrowych do zabudowań. Nie przewidujemy wpisania norm hałasu” — zapowiedział wiceminister klimatu i środowiska Miłosz Motyka.
Tyle że tymczasem część sygnałów z parlamentu mówiła o powrocie projektu bez progu 500 metrów, co opisywał serwis WysokieNapięcie. Głosowanie nad obecną wersją zapowiadane jest na koniec czerwca, a potem ustawą zajmie się już Senat. No i zobaczymy, co z tego wyjdzie.