Na koniec kwietnia 2026 roku po naszych drogach jeździło już 147 596 w pełni elektrycznych samochodów osobowych i użytkowych… a w samym pierwszym kwartale ich sprzedaż poszła w górę o 73,1 procent rok do roku. No i to chyba właśnie te liczby najlepiej odpowiadają na pytanie, które wszyscy sobie zadajemy — czy elektryk dziś w ogóle się opłaca.
Rok 2025 był pod tym względem raczej przełomowy. Na koniec grudnia mieliśmy w Polsce zarejestrowanych 132 775 aut typu BEV, a przez te dwanaście miesięcy przybyło ich 52 749 sztuk. Czyli wzrost o 118 procent względem 2024 roku — i to jeden z najlepszych wyników w całej Europie.
Samochód elektryczny czy warto kupić — co mówią dane rynkowe
To wszystko napędził rządowy program dopłat, w sumie głównie on. „Pula dopłat w całym programie NaszEauto wynosi 1,6 miliarda złotych” — tak mówią warunki naboru prowadzonego przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Wsparcie ruszyło 3 lutego 2025 roku.
Maksymalnie można było dostać 40 tysięcy złotych, ale uwaga — to próg, a nie stawka, którą dostaje każdy. „Bazowa wysokość wsparcia dla osób fizycznych przy zakupie auta wynosi 18 750 złotych” — czytamy w regulaminie programu. I dopiero ta dotacja rośnie o kolejne 10 tysięcy, jeżeli kupujący zezłomuje samochód spalinowy kategorii M1, którego był właścicielem co najmniej trzy lata.
Warunek cenowy jest tu twardy, bez żadnego „mniej więcej”. „Cena pojazdu nie może przekroczyć 225 tysięcy złotych netto” — zastrzega dokumentacja NaszEauto, co po doliczeniu VAT daje nam 276 750 złotych brutto. Tylko że jak ktoś chce skorzystać, to i tak musi się spieszyć — i to z zupełnie innego powodu.
Bo nabór praktycznie się już domknął. Budżet przekroczył sto procent wykorzystania, a przyjmowanie wniosków zatrzymano 30 kwietnia 2026 roku. Formalnie program ma trwać do 30 czerwca, no ale dostępne środki zostały już rozdysponowane i tyle.
Ile kosztuje elektryk i czym różni się od spalinowego
Oferta jest dziś dużo szersza niż jeszcze dwa lata temu, naprawdę widać różnicę. Na rynku działa 15 marek z 51 modelami w sprzedaży, a najwięcej jest akurat SUV-ów. Ceny zaczynają się od 74 900 złotych za Dacię Spring, a kończą na 589 900 złotych za Porsche Taycan.
Ale tak naprawdę najwięcej oszczędzamy nie przy zakupie, tylko w codziennej jeździe. „Koszt przejechania 100 kilometrów używanym samochodem elektrycznym wynosi średnio 20–25 złotych przy ładowaniu publicznym AC, podczas gdy auto spalinowe generuje koszt rzędu 40–45 złotych” — tak wynika z analizy rynku wtórnego EV. I tę różnicę zaczynamy czuć już przy kilkunastu tysiącach kilometrów rocznie.
Drugi argument to w sumie tania deprecjacja na rynku wtórnym. Używane elektryki bywają tańsze od nowych nawet o 30–50 procent, no i to otwiera ten segment dla kierowców, których nowy model po prostu przerastał cenowo.
Branża spodziewa się, że będzie się to dalej rozpędzać. „Sprzedaż przyspiesza, przybywa ofert używanych elektryków” — odnotowuje serwis ekonomiczny rp.pl, opisując początek 2026 roku. Podobne wnioski płyną z różnych zestawień, które w sumie warto sobie porównać z aktualnymi cenami nowych aut.
Na razie otwarte zostaje pytanie o kolejną transzę publicznych dopłat… I bez nowego budżetu kierowcy, którzy planują zakup po czerwcu 2026 roku, będą liczyć opłacalność już tylko na bazie ceny rynkowej i kosztów ładowania.