Wyobraź sobie, że mózg ma raptem cztery minuty bez tlenu — i tyle. Potem zaczyna dziać się coś, czego już raczej nie cofniemy. A karetka? W mieście jakieś te kilkanaście minut, na wsi pewnie dłużej. No i jak sobie to wszystko poskładamy, to wychodzi jedna prosta rzecz: pierwsza pomoc krok po kroku nie zaczyna się od fachowca w mundurze, tylko od kogoś, kto akurat stał obok.
I tu, w sumie, prawo specjalnie nam wyboru nie zostawia. Artykuł 162 Kodeksu karnego mówi to wprost: kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia nie udziela pomocy, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Wyjątek jest tylko jeden — wtedy, kiedy ta pomoc oznaczałaby narażenie siebie albo kogoś innego na takie samo niebezpieczeństwo.
Najpierw sprawdza się, czy miejsce zdarzenia jest bezpieczne
Zanim w ogóle rzucimy się komuś pomagać, najpierw się rozglądamy. Serio, najpierw to. Bo jadące auta, prąd, gaz, dym, jakaś chwiejąca się konstrukcja — każda z tych rzeczy potrafi z jednej ofiary zrobić dwie. I wtedy leżymy już obaj, czyli mamy gorzej niż na początku.
Dopiero jak dookoła jest w miarę bezpiecznie, sprawdzamy przytomność. Robi się to tak: delikatnie potrząsamy człowieka za ramiona i głośno pytamy „Czy mnie pan słyszy?”. Jak nie ma żadnej reakcji — no to znaczy, że osoba jest nieprzytomna i lecimy dalej.
I tu już potrzebujemy kogoś jeszcze do pomocy. Krzyk „Pomocy!”, a jeszcze lepiej wskazanie palcem konkretnej osoby i powiedzenie jej wprost, żeby dzwoniła po pogotowie — to działa o niebo lepiej niż takie ogólne wołanie w tłum. Bo jak wołasz w tłum, to nikt się jakoś nie poczuwa, każdy myśli, że zadzwoni ten drugi.
Udrożnienie dróg oddechowych poprzedza ocenę oddechu
U osoby nieprzytomnej, takiej co leży na plecach, najczęstszą przeszkodą jest… język. No tak, zwykły język. Opada do tyłu i blokuje gardło. I dlatego, zanim w ogóle weźmiemy się za sprawdzanie oddechu, odchylamy głowę do tyłu i unosimy żuchwę — jedną rękę kładziemy na czole, a dwa palce drugiej dłoni pod brodą.
Jak już mamy te drogi oddechowe udrożnione, to oceniamy oddech, ale maksymalnie przez 10 sekund, nie dłużej. Pochylamy się nad twarzą poszkodowanego, patrzymy na klatkę piersiową, czy się rusza, słuchamy i wyczuwamy policzkiem ruch powietrza.
I uwaga, bo to naprawdę ważne: pojedyncze, takie chrapliwe westchnięcia to nie jest prawidłowy oddech. Medycyna nazywa to oddechem agonalnym i traktuje go tak samo jak brak oddechu w ogóle. To raczej taka pułapka, która niejednego świadka powstrzymała przed rozpoczęciem reanimacji — bo wydaje się człowiekowi, że tamten oddycha, a tak naprawdę wcale nie.
Numer 112 łączy z dyspozytorem, który prowadzi przez resuscytację
Telefon alarmowy 112 działa w całej Unii Europejskiej, za darmo, i to nawet z zablokowanego telefonu, a w sumie nawet bez karty SIM. W Polsce mamy do tego jeszcze równolegle numer pogotowia 999. Te połączenia odbierają operatorzy Centrów Powiadamiania Ratunkowego.
Dyspozytor potrzebuje od nas konkretów, a mianowicie: gdzie, co się stało, ile osób, czy oddychają. No i jednej rzeczy nie wolno robić — rozłączać się pierwszemu. Bo ten operator po drugiej stronie potrafi przez telefon przeprowadzić nas przez kolejne uciśnięcia, licząc nam rytm na głos. Czyli sami nie jesteśmy.
Szczegółowe schematy postępowania publikują różne serwisy medyczne, w tym portal Medycyny Praktycznej, który opiera się na wytycznych Europejskiej Rady Resuscytacji.
Pierwsza pomoc krok po kroku przy zatrzymaniu krążenia to 30 uciśnięć i 2 wdechy
Brak oddechu u kogoś nieprzytomnego oznacza zatrzymanie krążenia — i to jest dla nas sygnał, że zaczynamy resuscytację krążeniowo-oddechową. Schemat dla dorosłego jest cały czas ten sam: 30 uciśnięć klatki piersiowej, potem 2 oddechy ratownicze, i tak w kółko, bez przerwy.
Ręce układamy na środku klatki piersiowej, na mostku. Nadgarstek jednej dłoni kładziemy na skórze, druga dłoń ląduje na wierzchu, palce splatamy. Ramiona mamy wyprostowane i uciskamy całym ciężarem ciała, a nie samymi rękami — bo na samych rękach to szybko zejdzie się z sił, naprawdę szybko.
Najważniejsze tu są liczby. Europejska Rada Resuscytacji określa tempo na 100 do 120 uciśnięć na minutę, a głębokość na 5 do 6 centymetrów. I po każdym ucisku klatka musi w pełni wrócić do pozycji wyjściowej, czyli nie podpieramy się na niej między jednym a drugim uciśnięciem.
| Parametr resuscytacji | Wartość dla dorosłego |
|---|---|
| Stosunek uciśnięć do oddechów | 30 : 2 |
| Tempo uciśnięć | 100–120 / min |
| Głębokość uciśnięć | 5–6 cm |
| Czas oceny oddechu | do 10 sekund |
| Numer alarmowy | 112 lub 999 |
A jak ktoś nie umie albo zwyczajnie nie chce robić oddechów ratowniczych — to wytyczne dopuszczają samo uciskanie klatki piersiowej, bez przerw na wdechy. Bo taka ciągła resuscytacja wyłącznie uciśnięciami i tak jest lepsza niż jej brak albo ciągłe przerywanie co chwilę.
Defibrylator AED prowadzi laika komunikatami głosowymi
Automatyczny defibrylator zewnętrzny, w skrócie AED, wisi dziś w sumie wszędzie — w galeriach handlowych, na dworcach, w urzędach, na stadionach. Szukamy zielonej tabliczki z białym sercem i błyskawicą, to ona nam pokazuje, gdzie go znaleźć.
I co ważne, to urządzenie jest zrobione akurat dla kogoś bez żadnego przeszkolenia. Jak je otworzymy, samo wydaje komunikaty głosowe krok po kroku, samo analizuje rytm serca i samo decyduje, czy wstrząs jest w ogóle potrzebny, czy nie. Wyładowanie podajemy dopiero wtedy, gdy maszyna nam każe, i jak się upewnimy, że nikt nie dotyka poszkodowanego.
Elektrody naklejamy na odsłoniętą klatkę piersiową, zgodnie z rysunkiem na opakowaniu — jedna pod prawym obojczykiem, druga z lewej strony, poniżej pachy. A do czasu, aż przyjedzie pogotowie, prowadzimy resuscytację dalej, przerywając ją tylko na to, żeby AED przeanalizowało rytm.
Pozycja bezpieczna chroni nieprzytomnego, który oddycha
Trochę inaczej to wygląda, gdy mamy osobę nieprzytomną, ale taką, która oddycha prawidłowo. Tu resuscytacji już się nie prowadzi, nie ma potrzeby. Poszkodowanego układamy w pozycji bocznej ustalonej, potocznie nazywanej po prostu pozycją bezpieczną.
To ułożenie na boku zapobiega zachłyśnięciu. Bo gdyby doszło do wymiotów, to treść spływa sobie na zewnątrz, a nie do dróg oddechowych. A głowa odchylona do tyłu utrzymuje nam drożność gardła.
I co minutę kontrolujemy oddech, żeby mieć pewność, że nic się nie zmieniło. Praktyczne instrukcje układania krok po kroku opisuje między innymi serwis Medonet, powołując się na standardy ratownictwa medycznego.
Krwotok zatrzymuje się uciskiem bezpośrednim na ranę
Silne, tętniące krwawienie wymaga reakcji od razu, bo dorosły człowiek ma jakieś 5 litrów krwi, a utrata części z nich szybko prowadzi do wstrząsu. Pierwszy ruch to mocny, bezpośredni ucisk na ranę — najlepiej przez jałowy opatrunek, gazę albo po prostu czystą tkaninę, jak akurat nic innego nie mamy pod ręką.
Jeśli opatrunek przesiąka, to go nie zdejmujemy. Dokładamy na wierzch kolejne warstwy i dalej uciskamy. Zranioną kończynę można też unieść powyżej poziomu serca, co trochę zmniejsza napływ krwi do rany.
I jeszcze jedno — udzielając pomocy, chronimy przy okazji też siebie. Jednorazowe rękawiczki z apteczki ograniczają kontakt z krwią obcej osoby. A sama apteczka pierwszej pomocy jest obowiązkowym wyposażeniem każdego samochodu zarejestrowanego w Polsce, więc raczej każdy z nas gdzieś ją ma, choćby w bagażniku.
Zadławienie u przytomnego przerywa się uderzeniami i uciśnięciami
Jak ktoś nagle łapie się za gardło, nie może mówić ani oddychać — to najpewniej się zadławił. Jeśli jest jeszcze przytomny i kaszle, to zachęcamy go do dalszego kaszlu, bo to w sumie najskuteczniejszy sposób na wyrzucenie tego ciała obcego na zewnątrz.
Gdy ten kaszel staje się już nieskuteczny, robimy pięć uderzeń otwartą dłonią w plecy, między łopatki, przy pochylonym tułowiu poszkodowanego. A jak to nie pomaga, przechodzimy do pięciu uciśnięć nadbrzusza, czyli tak zwanego rękoczynu Heimlicha.
I tak na zmianę — pięć uderzeń, pięć uciśnięć, i znowu, w kółko. A jeśli osoba zadławiona straci przytomność, to całe to postępowanie zmienia się już w resuscytację, no i wzywamy pogotowie pod numerem 112.