Dobra, to chyba znacie — wchodzisz do gabinetu, pielęgniarka mierzy, waży, wpisuje coś w komputer i mówi, że masz „dobre BMI”. I tyle. Ale co to właściwie znaczy? W sumie mało kto się nad tym zastanawia, a jest to chyba najczęściej źle rozumiana liczba w całej medycynie. No bo wygląda strasznie poważnie, a tak naprawdę to zwykła matematyka — dzielimy masę ciała przez kwadrat wzrostu i wychodzi nam jedna liczba. I ta jedna liczba ma nam wstępnie powiedzieć, czy waga mieści się w zakresie uznawanym za zdrowy.
Co to jest BMI i jak wygląda wzór
Sam skrót to nic strasznego, pochodzi z angielskiego — Body Mass Index. No i wzór jest dokładnie taki sam dla kobiet i mężczyzn, tu akurat nie ma żadnego podziału: masę ciała w kilogramach dzielimy przez wzrost w metrach podniesiony do kwadratu.
A że gada się o tym łatwiej na przykładzie, to policzmy. Ktoś waży 70 kilogramów i ma 1,75 metra wzrostu. Bierzemy te 70 i dzielimy przez 3,06 — czyli przez 1,75 razy 1,75. I wychodzi nam 22,9. Taka wartość mieści się w przedziale uznawanym za prawidłowy. Zajmuje to raptem kilkanaście sekund, naprawdę.
Co ciekawe, metoda wcale nie jest nowa. Wymyślił ją w XIX wieku belgijski matematyk Adolphe Quetelet i właśnie dlatego przez długie lata funkcjonowała też jako wskaźnik Queteleta. A do powszechnego użytku w medycynie weszła dopiero w drugiej połowie XX wieku… czyli stosunkowo niedawno, jak się tak zastanowić.
Gdzie przebiegają granice normy
No dobra, ale skąd wiadomo, kiedy liczba jest „za wysoka”? Tę klasyfikację, z której korzystają lekarze na całym świecie, ustaliła Światowa Organizacja Zdrowia. To ona wyznaczyła progi liczbowe rozdzielające niedowagę, wagę prawidłową, nadwagę i otyłość.
„WHO definiuje nadwagę jako wartość BMI równą lub większą niż 25, a otyłość jako wartość równą lub większą niż 30″ — tak brzmi standardowa definicja przyjęta przez organizację. Dolną granicę normy wyznaczono z kolei na 18,5.
W praktyce wychodzą nam z tego cztery przedziały. Poniżej 18,5 to niedowaga. Przedział od 18,5 do 24,9 uznaje się za masę prawidłową. Wartości od 25 do 29,9 wskazują na nadwagę, a wynik 30 i wyższy oznacza już otyłość — dzieloną dodatkowo na trzy stopnie.
Tylko uwaga, bo to ważne: specjaliści podkreślają, że te granice mają charakter raczej orientacyjny. Jak zwracają uwagę eksperci Medycyny Praktycznej, prawidłowy wynik BMI wcale nie zwalnia nas z badań, bo o ryzyku zdrowotnym decyduje też to, gdzie ta tkanka tłuszczowa się odkłada.
Czego wskaźnik nie pokazuje
I tu dochodzimy do największej słabości całej metody — ona po prostu nie odróżnia tłuszczu od mięśni. Kompletnie. Sportowiec z dużą masą mięśniową może spokojnie dostać wynik wskazujący na nadwagę, mimo że tkanki tłuszczowej ma akurat bardzo mało.
„BMI jest narzędziem przesiewowym, a nie diagnostycznym” — przypominają lekarze cytowani przez portal Medonet. Czyli, mówiąc po ludzku, wskaźnik tylko sygnalizuje, że warto przyjrzeć się wadze bliżej, ale sam w sobie niczego jeszcze nie rozpoznaje.
Potrafi też mocno mylić w wielu przypadkach — na przykład u osób starszych, którym ubywa masy mięśniowej, albo u dzieci, dla których stosuje się odrębne siatki centylowe zależne od wieku i płci. A u kobiet w ciąży klasyczne BMI w ogóle nie ma zastosowania, tam to po prostu nie działa.
No i dlatego coraz częściej obok BMI mierzymy zwyczajnie obwód talii. Według kryteriów przyjmowanych przez WHO podwyższone ryzyko metaboliczne zaczyna się u kobiet od obwodu 80 centymetrów, a u mężczyzn od 94 centymetrów. I te dwie liczby razem mówią nam mniej więcej dużo więcej niż samo dzielenie masy przez kwadrat wzrostu.