W każdym mieście w Polsce sortujemy tak samo — pięć kolorów, te same w każdej gminie, no i bez znaczenia, kto akurat wywozi nam śmieci. To wszystko przez Wspólny System Segregacji Odpadów, który ujednolicił zasady jeszcze w 2017 roku i od tej pory pokazuje, jak ta segregacja ma wyglądać w praktyce.
Podstawa prawna? To rozporządzenie Ministra Środowiska w sprawie szczegółowego sposobu selektywnego zbierania wybranych frakcji odpadów. Ten dokument mówi wprost, że odpady zbiera się „w podziale na: papier, szkło, metale i tworzywa sztuczne oraz odpady ulegające biodegradacji”. A reszta, czyli to wszystko, czego nie da się przypisać do żadnej frakcji, ląduje w pojemniku na zmieszane.
Pięć kolorów, pięć frakcji
Niebieski pojemnik to papier. No i gazety, zeszyty, tektura, kartony, papierowe torby. Tylko że nie wrzucamy tu papieru tłustego ani mokrego — taki zabrudzony tłuszczem karton po pizzy potrafi zepsuć całą partię surowca.
Zielony jest na szkło. Słoiki i butelki, opróżnione, bez nakrętek. Tu z kolei nie pasują szyby, lustra, ceramika czy żarówki — mają po prostu inny skład i przeszkadzają potem w recyklingu.
Żółty zbiera metale i tworzywa sztuczne. Czyli butelki PET, plastikowe opakowania, puszki, no i kartony po mleku albo sokach. To akurat ta frakcja, w której Polacy mylą się najczęściej, bo do plastiku wrzucają zabawki czy styropian budowlany, a to tam raczej nie należy.
Brązowy to bioodpady. Resztki warzyw, owoców, fusy, skoszona trawa, liście. Worki foliowe odpadają — odpad ma trafić luzem albo w torbie biodegradowalnej.
A czarny czy tam szary pojemnik przyjmuje odpady zmieszane, czyli wszystko to, co nam zostało po rozdzieleniu pozostałych frakcji.
Segregacja odpadów: jak gminy egzekwują zasady
Sortowanie nie jest dobrowolne i tu się nie ma co oszukiwać. Ustawa o utrzymaniu czystości i porządku w gminach nakłada na właścicieli nieruchomości obowiązek selektywnej zbiórki, a jak nie segregujesz, to płacisz więcej.
Gmina ma prawo podnieść stawkę od dwóch do nawet czterech razy względem opłaty podstawowej, jeśli stwierdzi, że ktoś nie segreguje, mimo że deklarował coś innego. Decyzję wydaje wójt, burmistrz albo prezydent miasta — po kontroli tego, kto odbiera odpady.
Resort klimatu od lat powtarza, że bez czystych frakcji recykling się po prostu nie opłaca. W komunikatach ministerstwa wraca to w kółko, że „jakość zebranych surowców decyduje o tym, czy w ogóle trafią one do ponownego przetworzenia”. No i zanieczyszczony strumień odpadów często kończy w spalarni zamiast w sortowni.
Polska ma też do tego twardy cel narzucony przez Unię Europejską. Do 2035 roku poziom recyklingu odpadów komunalnych ma sięgnąć 65 procent, a udział odpadów składowanych spaść poniżej 10 procent. Najnowsze dane pokazują, że do tego pułapu wciąż brakuje nam kilkunastu punktów procentowych — o czym zresztą regularnie informują serwisy branżowe i portale gospodarcze.
Wątpliwości rozstrzyga lokalny regulamin
No bo nie wszystko da się przypisać tak uniwersalnie. Przeterminowane leki, zużyte baterie, elektronika, opony czy gruz — to są odpady, których nie wolno wrzucać do żadnego z tych pięciu pojemników. Trafiają do punktów selektywnej zbiórki, tak zwanych PSZOK-ów, które prowadzi każda gmina.
Szczegóły potrafią różnić się między miastami — co zresztą widać w praktyce opisywanej przez serwisy prawne zajmujące się gospodarką odpadami. Jedna gmina każe myć opakowania, inna mówi, że wystarczy opróżnić. To lokalny regulamin utrzymania czystości decyduje o takich detalach, a nie jakiś ogólnopolski przepis.
Jedno zostaje pewne: kolory pojemników są takie same od Bałtyku po Tatry, a za ich mylenie płacimy z własnej kieszeni.