Bitcoin co to jest? — to pytanie wraca do wyszukiwarek za każdym razem, kiedy kurs robi jakiś gwałtowny ruch, i w sumie trudno się dziwić. Mówimy tu o najstarszej i największej kryptowalucie świata. Pierwszy blok tej sieci powstał w styczniu 2009 roku, czyli kilka miesięcy po tym, jak ktoś opublikował dokument podpisany pseudonimem Satoshi Nakamoto. Twórca nigdy nie ujawnił tożsamości… i tak już zostało.
No i zróbmy to najprościej, jak się da: bitcoin to taki cyfrowy zapis wartości, który nie ma żadnej fizycznej formy i którego nie emituje żaden bank centralny. Zamiast instytucji transakcje potwierdza rozproszona sieć komputerów, a całą ich historię trzyma publiczny rejestr, czyli blockchain. Brzmi technicznie, ale chodzi raczej o to, że nikt jeden tego nie kontroluje.
Liczba monet jest z góry ograniczona do 21 milionów i tyle ich będzie. Tempo, w jakim powstają, spada co cztery lata — akurat dzieje się to w wydarzeniu zwanym halvingiem. Ostatni odbył się w kwietniu 2024 roku i zmniejszył nagrodę dla kopiących z 6,25 do 3,125 bitcoina za blok.
Bitcoin co to jest dla regulatora i inwestora
Polski nadzór od lat patrzy na ten rynek raczej z dystansem. Komisja Nadzoru Finansowego powtarzała już wiele razy, że obrót kryptowalutami odbywa się poza systemem gwarancji państwowych — czyli jakby na własną odpowiedzialność.
„Inwestowanie w kryptoaktywa wiąże się z ryzykiem utraty części lub całości zainwestowanych środków” — ostrzega KNF w komunikatach kierowanych do klientów detalicznych. Urząd przypomina też, a mianowicie: bitcoin nie jest objęty Bankowym Funduszem Gwarancyjnym. Tu nie ma żadnej poduszki bezpieczeństwa.
Od 30 grudnia 2024 roku rynek porządkuje unijne rozporządzenie MiCA, czyli Markets in Crypto-Assets. Nakłada ono na giełdy i kantory obowiązek licencji oraz informowania klientów o ryzyku. Jak zauważają analitycy serwisu money.pl, to pierwsze tak całościowe ramy prawne dla branży w całej Unii Europejskiej.
A cena bitcoina i tak pozostaje przy tym wszystkim skrajnie zmienna. Potrafi w ciągu jednego dnia zyskać albo stracić kilkanaście procent… i to właśnie odróżnia go od lokat czy obligacji skarbowych, gdzie raczej nic takiego się nie dzieje.
Jak zacząć inwestować bez wpadki
Wejście na ten rynek zaczynamy od założenia konta na licencjonowanej giełdzie i przejścia weryfikacji tożsamości. Dopiero potem kupujemy ułamek monety — bo nikt nie musi od razu nabywać całego bitcoina, możesz wziąć kawałek.
Specjaliści radzą, żeby zaczynać od kwot, których utrata nie naruszy domowego budżetu. „Na rynek kryptowalut należy przeznaczać wyłącznie środki, na których stratę inwestor może sobie pozwolić” — podkreślają eksperci cytowani przez portal spidersweb.pl. I to jest zasada powtarzana w sumie niezależnie od koniunktury, czyli bez względu na to, czy rośnie, czy spada.
Druga sprawa to przechowywanie. Monety trzymamy albo na koncie giełdowym, albo we własnym portfelu cyfrowym, gdzie pełną odpowiedzialność za klucze ponosi już sam właściciel. Utrata hasła oznacza zwykle bezpowrotną utratę środków — i niestety nie ma od tego odwołania.
No i pojawia się jeszcze podatek. Zyski ze sprzedaży kryptowalut rozliczamy w Polsce stawką 19 procent w zeznaniu PIT-38, niezależnie od tego, na jakiej giełdzie doszło do transakcji. Strata z jednego roku przechodzi na kolejny, więc akurat to działa trochę na naszą korzyść.
Kto dopiero zaczyna, ten powinien też odróżnić bitcoina od tysięcy mniejszych kryptowalut, które reklamują się obietnicą szybkiego zysku. Część z nich okazała się zwyczajnie oszustwem, przed czym KNF ostrzega na bieżąco aktualizowanej liście publicznych ostrzeżeń. Podobne pułapki opisywaliśmy zresztą przy okazji fałszywych platform inwestycyjnych.
Sam bitcoin pozostaje jednak najbardziej rozpoznawalnym aktywem w tej całej branży. Jego udział w wartości całego rynku kryptowalut wciąż przekracza połowę… i jakoś tam nic nie zapowiada, żeby to miało się szybko zmienić.