Ministerstwo Finansów uparcie powtarza, że żadnego podatku katastralnego nie szykuje… a temat i tak wrócił wiosną 2026 roku. No bo akurat trafił do Sejmu projekt takiej daniny — 20 marca. I znowu zaczynamy się zastanawiać, czym ten podatek katastralny w ogóle jest i czy my, właściciele mieszkań, mamy się czego bać. Pytanie raczej znów krąży po wszystkich portalach finansowych.
Podatek katastralny co to jest i od czego się różni
Zacznijmy od podstaw, czyli czym to się je. Podatek katastralny to taka danina, którą liczymy od wartości rynkowej nieruchomości — a nie od jej powierzchni. I to jest ta zasadnicza różnica wobec obecnego podatku od nieruchomości, który płacimy od metrów kwadratowych, według stawek, jakie ustala sobie gmina.
W praktyce wychodzi to mniej więcej tak: im droższe mieszkanie czy dom, tym wyższy podatek. Taki mechanizm działa w wielu krajach Europy Zachodniej i w USA. I organizacje międzynarodowe od lat podpowiadają go też Polsce. Zarówno OECD, jak i Międzynarodowy Fundusz Walutowy sugerowały stawkę rzędu 1 procent wartości nieruchomości rocznie — przypomina o tym serwis Infor.pl.
Tylko że tu wchodzi bariera, w sumie czysto techniczna. Polska nie ma zintegrowanego rejestru ani powszechnej wyceny nieruchomości… a bez tego szybko takiego podatku po prostu nie wdrożymy.
Co na to rząd
Stanowisko resortu finansów od miesięcy się nie rusza. Wiceminister Jarosław Neneman powtarzał jak mantrę, że „ministerstwo finansów nie pracuje nad wprowadzeniem podatku katastralnego”.
Podobnie mówił premier. Donald Tusk, odnosząc się do złożonego projektu, zaznaczył: „na pewno nie będzie to projekt rządowy”. No i co więcej — prezydent Karol Nawrocki publicznie zapowiedział sprzeciw wobec podwyżek podatków od nieruchomości, a to projekt skutecznie blokuje.
Tyle że mimo tych wszystkich politycznych zaprzeczeń danina i tak wraca jako temat w debacie o cenach mieszkań, o czym pisze Forsal.pl. No i trudno tu o jakiś jednoznaczny komunikat dla nas, właścicieli mieszkań.
Projekt Lewicy: od trzeciego mieszkania
To, co tak naprawdę ożywiło całą dyskusję, wyszło z koalicji Lewicy. Projekt złożony 20 marca 2026 roku zakłada, że przepisy weszłyby w życie 1 stycznia 2027 roku. I co tu jest ważne — danina miałaby objąć dopiero trzecie i kolejne mieszkanie, liczone według daty zakupu.
Pierwsze dwa lokale zostałyby praktycznie neutralne podatkowo, ze stawką 0,02 procent. Dopiero przy trzeciej nieruchomości stawka startowa wynosiłaby 0,5 procent wartości rocznie. A potem rosłaby — o 0,1 punktu procentowego rocznie, aż dojdzie do poziomu docelowego, czyli 1,5 procent.
No i skala obciążeń zależy raczej od tego, ile ten lokal jest wart. Dla trzeciego mieszkania wartego 500 tysięcy złotych podatek wyniósłby na start 2,5 tysiąca złotych rocznie. A jak dojdziemy już do stawki docelowej, to byłoby to 7,5 tysiąca złotych.
Autorzy projektu przekonują, że uderzy on w wąską grupę. Posłanka Lewicy wskazywała, że nowe przepisy dotyczyłyby zaledwie „niewiele ponad 1% obywateli” — czyli osób mających trzy albo więcej nieruchomości.
Tylko że projekt nie ma poparcia większości sejmowej, i to akurat dużo zmienia. Koalicja Obywatelska i PSL patrzą na niego sceptycznie, rząd się dystansuje, a zapowiedziane weto prezydenta w sumie przesądza o jego losie. Dlatego w 2026 roku powszechny podatek katastralny w Polsce nie obowiązuje i nie ma go w planach resortu finansów.