Od 1 kwietnia 2027 r. czeka nas coś, o czym wiele osób w ogóle nie pamięta — i właśnie dlatego warto o tym pogadać. No bo akurat wtedy pracownicy, którzy kiedyś wypisali się z Pracowniczych Planów Kapitałowych, znów zostaną do nich zapisani. Sami z siebie, automatycznie. To nie pomyłka, tylko taki mechanizm autozapisu wpisany w ustawę o PPK, który wraca co cztery lata. I zanim ta data nadejdzie, znowu wraca pytanie, które zadaje sobie coraz więcej z nas: zostać czy się wypisać?
Program ruszył w 2019 r. i dziś jest w nim kilka milionów uczestników. A mimo to wiedza o tym, jak to właściwie działa, jest raczej wyrywkowa… i decyzja o rezygnacji często zapada tak po prostu, bez policzenia, ile realnie się przez to traci.
Co to jest PPK i kto za nie płaci
Zacznijmy od podstaw, bo bez tego dalej nie pojedziemy. PPK to dobrowolny, prywatny system długoterminowego oszczędzania, utworzony na podstawie ustawy z 4 października 2018 r. o pracowniczych planach kapitałowych. Konto zakłada nam pracodawca, a na to konto dokłada się od razu trzy strony naraz: my jako pracownik, firma i budżet państwa.
I tu konkrety. Nasza wpłata podstawowa to 2 proc. wynagrodzenia brutto. Pracodawca dorzuca kolejne 1,5 proc. A państwo dokłada jednorazową wpłatę powitalną w wysokości 250 zł oraz dopłatę roczną 240 zł dla osób, które spełniają warunki. No i to się w sumie składa na całkiem niezłą paczkę.
„Pieniądze gromadzone w PPK są prywatne i podlegają dziedziczeniu” — podkreśla Polski Fundusz Rozwoju, czyli instytucja, która nadzoruje program. I to rozróżnienie naprawdę ma znaczenie, bo te środki nie trafiają do ZUS i nie są częścią systemu emerytalnego — ani I, ani II filaru. To są po prostu nasze pieniądze.
Ile można dołożyć i kiedy wypłacić
Załóżmy, że chcemy dołożyć więcej. Da się. Jako uczestnik możemy podnieść własną składkę o wpłatę dodatkową do 2 proc., a pracodawca — do 2,5 proc. Czyli w sumie na konto może wpadać nawet 8 proc. wynagrodzenia, i to zanim w ogóle doliczymy dopłaty od państwa.
A kiedy po te pieniądze sięgniemy? Wypłata bez utraty korzyści przysługuje po ukończeniu 60. roku życia. Wcześniej też się da, tylko… to raczej kosztowne — bo wiąże się z utratą dopłat państwowych i części zysków, no i jeszcze pobiorą podatek od dochodów kapitałowych.
Ustawa przewiduje jednak wyjątki, a mianowicie: do 25 proc. środków możemy wypłacić bez zwrotu w razie poważnej choroby, a do 100 proc. — na wkład własny przy zakupie mieszkania albo budowie domu, tyle że to później trzeba zwrócić.
Rezygnacja co cztery lata
No dobra, a co jeśli po prostu nie chcemy? Uczestnictwo cały czas jest dobrowolne. Każdy z nas może w dowolnym momencie złożyć pracodawcy deklarację o rezygnacji z dokonywania wpłat i odzyskać pełną kontrolę nad swoją pensją.
Tylko że haczyk tkwi w tym, że taka rezygnacja nie obowiązuje na zawsze. Co cztery lata pracodawca ma obowiązek znów nas zapisać — chyba że złożymy kolejną deklarację. Najbliższy autozapis przypada akurat na 1 kwietnia 2027 r., a poprzedni był w 2023 r.
„Rezygnacja z PPK oznacza utratę wpłat finansowanych przez pracodawcę i państwo” — zwraca uwagę PFR w materiałach informacyjnych. Czyli mówiąc po ludzku: jak się wypisujemy, to rezygnujemy nie tylko z własnych 2 proc., ale i z dopłaty pracodawcy oraz tych rocznych 240 zł z budżetu.
Eksperci rynku finansowego od początku powtarzają mniej więcej to samo. „Stopa zwrotu z samych dopłat zewnętrznych jest trudna do osiągnięcia w jakimkolwiek innym dostępnym produkcie oszczędnościowym” — oceniają analitycy cytowani w serwisach branżowych. To znaczy realna opłacalność i tak zależy od kilku rzeczy: od wysokości pensji, od tego, jak długo oszczędzamy, no i od wyników funduszy zdefiniowanej daty, w które te środki są inwestowane.
A dla osób z niższymi zarobkami liczy się jeszcze jeden szczegół, w sumie istotny: jeśli wynagrodzenie nie przekracza 1,2-krotności płacy minimalnej, to składkę podstawową możemy obniżyć z 2 proc. do nawet 0,5 proc. — i wciąż zachowujemy pełną wpłatę pracodawcy oraz dopłaty państwa.