Trzy literki, które jeszcze niedawno krążyły gdzieś tylko w gadce analityków, a dziś słyszysz je przy stole na imprezie u znajomych. No i właśnie — ETF. To skrót od Exchange Traded Fund, czyli, mówiąc po ludzku, fundusz, który jest notowany na giełdzie. Kupujemy go i sprzedajemy przez konto maklerskie dokładnie tak samo jak akcje jakiejś spółki, w trakcie sesji, po cenie, która akurat jest.
A czym to się różni od takiego zwykłego funduszu inwestycyjnego? W sumie prosto. Tradycyjny fundusz wycenia swoje jednostki raz na dzień i nasze zlecenie idzie z opóźnieniem. A ETF? Cena zmienia się co kilka sekund, czyli zupełnie jak przy normalnym papierze notowanym na giełdzie.
Najczęściej spotkasz odmianę pasywną, czyli taką, która po prostu odwzorowuje indeks. I tu robi się ciekawie, bo jeden taki instrument potrafi obejmować kilkaset spółek naraz. Kupując jeden udział ETF na indeks S&P 500, stajesz się pośrednio takim malutkim współwłaścicielem ułamka pięciuset największych spółek z giełdy w USA. Jednym kliknięciem.
ETF co to jest w praktyce — jeden papier zamiast setki akcji
Cała magia siedzi w tym odwzorowaniu indeksu, to jest sedno. Fundusz po prostu kupuje akcje, które wchodzą w skład indeksu, i to w takich proporcjach, w jakich liczy go giełda. Więc jak indeks rośnie o 2 procent, to cena ETF idzie w górę mniej więcej o tyle samo.
I właśnie dlatego nie musimy bawić się w wybieranie pojedynczych spółek ani zgadywać, która akurat wystrzeli. Kupujemy cały rynek w jednej transakcji, i już. A taki dostęp do dywersyfikacji za kilkaset złotych… no, przez całe dekady był zarezerwowany raczej dla grubych portfeli.
Na warszawskiej giełdzie pierwsze takie instrumenty pojawiły się już lata temu — między innymi fundusze na indeksy WIG20, mWIG40 oraz na obligacje skarbowe. Notowane są w złotych, więc kupując, nie musimy się bawić w żadne przewalutowania. Serwis analizy.pl na bieżąco zestawia parametry funduszy, które są dostępne dla polskiego inwestora.
A jak chcemy coś więcej — czyli fundusze na rynki globalne, surowce czy obligacje korporacyjne — to wchodzimy w to przez brokerów, którzy dają wstęp na giełdy zagraniczne. Tam rozliczenie idzie najczęściej w euro albo w dolarze.
Opłata, która zjada zysk po cichu
Najważniejsza liczba przy ETF nazywa się TER, czyli Total Expense Ratio. To roczny koszt zarządzania funduszem, podawany w procentach wartości naszej inwestycji. I co ważne — pobiera się go automatycznie, bez żadnego przelewu z naszej strony, wprost z aktywów funduszu. Po cichu.
Fundusze pasywne, te odwzorowujące duże indeksy, potrafią mieć TER raptem na poziomie 0,05–0,20 procent rocznie. A dla porównania klasyczne fundusze akcyjne sprzedawane w bankach często liczą sobie 2–4 procent rocznie. I ta różnica narasta z każdym kolejnym rokiem inwestowania, rok po roku.
Druga opłata to prowizja maklerska za samą transakcję, czyli za to kupno i sprzedaż. U polskich brokerów na rynek krajowy bywa to rząd jakichś 0,2–0,4 procent wartości zlecenia, z minimalną kwotą za transakcję. Część domów maklerskich daje wybrane ETF bez prowizji, ale to raczej w ramach promocji.
| Parametr | ETF pasywny na indeks | Klasyczny fundusz akcyjny |
|---|---|---|
| Roczna opłata (TER) | ok. 0,05–0,30% | ok. 2–4% |
| Sposób zakupu | giełda, konto maklerskie | dystrybutor, bank, TFI |
| Wycena | na bieżąco w trakcie sesji | raz dziennie |
| Minimalna kwota wejścia | cena jednego udziału | często ustalona przez fundusz |
Co liczby robią z portfelem przez 20 lat
I tu dochodzimy do sedna, bo skalę tego kosztu widać dopiero na długim dystansie. Założenie do rachunku jest celowo proste: wpłata 50 000 zł, średnia stopa zwrotu rynku 6 procent rocznie, horyzont 20 lat. Nic skomplikowanego.
Przy funduszu z TER 0,20 procent nasz realny roczny zysk wynosi mniej więcej 5,8 procent. I po 20 latach kapitał rośnie do okolic 154 tysięcy złotych. A teraz weźmy produkt z opłatą 3 procent rocznie — wtedy netto zostaje jakieś 3 procent, a kapitał kończy bliżej 90 tysięcy złotych.
Czyli różnica sięga kilkudziesięciu tysięcy… mimo że wpłata i rynek były dokładnie takie same. Zjadła to wyłącznie opłata za zarządzanie. I to jest właśnie ten powód, dla którego ta tania konstrukcja ETF zyskała tylu zwolenników wśród inwestorów długoterminowych.
Podatek Belki czeka na zysk
Od zysków z giełdy fiskus bierze swoje 19 procent. To ten słynny podatek Belki, naliczany od dodatniego wyniku przy sprzedaży udziałów oraz od wypłaconych dywidend. Dom maklerski na początku roku przysyła nam formularz PIT-8C i na jego podstawie rozliczamy się sami.
No i tu pojawia się rozróżnienie, które dla podatku jest dość ważne. ETF typu accumulating reinwestuje dywidendy w środku funduszu, więc nie ma corocznej wypłaty, którą trzeba by opodatkować. A ETF typu distributing wypłaca je nam na rachunek — i od każdej takiej wypłaty należy się danina.
Legalną drogą, żeby ten podatek Belki jakoś obejść, są konta emerytalne IKE oraz IKZE. Jak inwestujemy przez nie w ETF, to możemy ten 19-procentowy podatek od zysków odłożyć w czasie albo całkowicie go uniknąć — o ile spełnimy ustawowe warunki czasowe. Limity rocznych wpłat na te konta zmieniają się co roku, a ich aktualne wartości publikuje między innymi serwis money.pl.
Od rejestracji do pierwszego zlecenia
Żeby w ogóle wystartować, potrzebujemy rachunku maklerskiego. Otwiera się go online, w domu maklerskim albo w banku, najczęściej w kilkanaście minut, z weryfikacją tożsamości przez przelew albo aplikację. Bez takiego konta po prostu ETF nie kupimy, ani rusz.
Jak już zasilimy rachunek, to wpisujemy w wyszukiwarce nazwę albo ticker funduszu, czyli jego giełdowy symbol. Potem składamy zlecenie kupna — z limitem ceny albo po cenie rynkowej — i podajemy, ile udziałów chcemy. I transakcja realizuje się w trakcie sesji.
Zanim klikniesz, warto jednak sprawdzić jeszcze jedną rzecz. Bo ten sam indeks bywa odwzorowany przez kilka różnych funduszy, od różnych dostawców, z różnym TER i różną walutą notowania. A mianowicie: symbol, koszt roczny oraz to, jak fundusz traktuje dywidendę — to wszystko decyduje, czym tak naprawdę obracamy.
No i ryzyko… ryzyko zostaje po naszej stronie. ETF rozkłada je na wiele spółek, fajnie, ale go nie usuwa — jak spada cały indeks, to spada też cena funduszu. A przy inwestycji w obcej walucie dochodzi jeszcze wahanie kursu złotego, które potrafi nam ten zysk powiększyć albo zupełnie skasować.