Wyobraź sobie taką sytuację: w całych Stanach więcej ludzi stawia krzyżyk przy jednym kandydacie… a do Białego Domu wjeżdża ten drugi. Absurd, nie? No a jednak — akurat tak to działa. Bo prezydenta USA my, obywatele, nie wybieramy wprost. Robi to za nas 538 elektorów zebranych w czymś, co się nazywa kolegium elektorskim. I właśnie od tej liczby musimy zacząć, jeśli w ogóle chcemy to ogarnąć… bo to ona, a nie suma głosów z całego kraju, mówi, kto rządzi. Kandydat musi uzbierać minimum 270 głosów elektorskich. A cała reszta? To raczej już tylko konsekwencje tej jednej zasady.
No i każdy z 50 stanów ma swoją pulę elektorów. Ile dokładnie? Tylu, ilu ma przedstawicieli w Kongresie, czyli: dwóch senatorów plus reprezentanci w Izbie Reprezentantów — a tych jest tym więcej, im stan większy. Do tego dorzucamy jeszcze trzy głosy stołecznego Dystryktu Kolumbii. I tak w sumie wychodzi nam te 538.
Dlaczego liczba 270 rozstrzyga wszystko
270 to po prostu połowa z 538 i jeszcze jeden na dokładkę. Tylu elektorów musisz zebrać, żeby zostać prezydentem — i ta matematyka działa niezależnie od tego, jak zagłosował cały kraj. Tak po prostu, koniec kropka.
Najwięcej ma Kalifornia, bo aż 54 głosy elektorskie. Dalej Teksas z 40, Floryda 30, Nowy Jork 28. A na drugim końcu skali? Siedem stanów plus Dystrykt Kolumbii mają po trzy głosy — czyli to minimum, które gwarantuje im konstytucja.
Zróbmy prosty rachunek, żeby zobaczyć, o jaką skalę tu chodzi. Gdyby ktoś wygrał w jedenastu najludniejszych stanach — a mianowicie: Kalifornia, Teksas, Floryda, Nowy Jork, Pensylwania, Illinois, Ohio, Georgia, Karolina Północna, Michigan i New Jersey — to uzbierałby już ponad 270 elektorów. I teraz uwaga, bo to jest mocne: pozostałych 39 stanów mogłoby zagłosować na rywala, a on i tak by przegrał. No tak, serio.
| Stan | Głosy elektorskie |
|---|---|
| Kalifornia | 54 |
| Teksas | 40 |
| Floryda | 30 |
| Nowy Jork | 28 |
| Pensylwania | 19 |
| Próg zwycięstwa | 270 z 538 |
„Winner takes all”, czyli zwycięzca bierze całość
W 48 stanach jest tak, że kandydat, który zdobędzie choćby o ten jeden głos powszechny więcej od rywala, zgarnia wszystkich elektorów tego stanu. No wszystkich. Przegrasz 49 do 51 procent — masz zero elektorów. Wygrasz w tej samej proporcji — bierzesz całą pulę. Nic pośrodku, nic pomiędzy.
Dwa stany robią tu wyjątek. Maine i Nebraska rozdzielają część elektorów według wyników w poszczególnych okręgach kongresowych, a tylko dwóch przyznają temu, kto wygrał w całym stanie. No i dlatego czasem się zdarza, że Nebraska wysyła do kolegium elektorów z dwóch różnych partii naraz.
Ten cały „winner takes all” sprawia w sumie, że ogromne połacie kraju są dla sztabów po prostu nudne. Demokrata wie, że weźmie Kalifornię. Republikanin wie, że weźmie Teksas. No to po co tam walczyć… Walka toczy się gdzie indziej.
Swing states decydują, choć jest ich garstka
I właśnie dlatego całe kampanie kręcą się wokół kilku stanów wahających się — nazywamy je swing states albo battleground states. To tam wynik jest niepewny, i to tam różnica raptem kilkudziesięciu tysięcy głosów potrafi przesunąć całą pulę elektorów na jedną stronę.
Do tej grupy zaliczamy zwykle Pensylwanię, Georgię, Michigan, Wisconsin, Arizonę, Nevadę i Karolinę Północną. Pensylwania z 19 elektorami to tu nagroda największa. Sztaby pakują w te stany gros budżetu reklamowego, a kandydaci wpadają tam dziesiątki razy… serio, dziesiątki.
Mieszkaniec Wyoming czy Vermont widzi w telewizji znacznie mniej spotów niż wyborca z Filadelfii — taka jest po prostu logika tego kolegium elektorskiego. Liczy się nie to, ilu masz zwolenników w skali całego kraju, tylko jak oni są rozrzuceni po mapie. No i tyle.
Można przegrać głosowanie i zostać prezydentem
W 2016 roku Hillary Clinton zdobyła w całym kraju blisko trzy miliony głosów więcej niż Donald Trump — i mimo to przegrała te wybory. Trump uzbierał 304 głosy elektorskie, ona 227. Zadecydowały te kilkudziesięciotysięczne przewagi w paru stanach Pasa Rdzy. I tyle wystarczyło.
Podobnie zresztą było w 2000 roku. Al Gore miał więcej głosów powszechnych niż George W. Bush, ale o wszystkim zadecydowała Floryda — tam różnica wyniosła raptem kilkaset głosów, a sprawę ostatecznie przesądził Sąd Najwyższy. Bush dostał 271 elektorów. Czyli dokładnie o ten jeden ponad próg.
Takie rozjazdy między głosem powszechnym a elektorskim wracają potem w amerykańskiej debacie jako argument za reformą. Zdarzyły się jak dotąd pięć razy w historii kraju, a krytycy systemu pisali o tym między innymi na łamach serwisu oko.press, wskazując na malejącą reprezentatywność kolegium. Zwolennicy odbijają piłeczkę — mówią, że system chroni mniejsze stany przed dominacją tych wielkich aglomeracji.
Najpierw prawybory, dopiero potem listopad
Zanim w ogóle dojdzie do starcia dwóch kandydatów, każda partia musi najpierw wyłonić swojego. I do tego właśnie służą prawybory (primaries) oraz kaukusy (caucuses), które ciągną się przez całą pierwszą połowę roku wyborczego — stan po stanie, powoli.
Prawybory przypominają zwykłe głosowanie: idziesz do lokalu i oddajesz głos na jednego z aspirantów. Kaukus to już co innego — zebranie zwolenników partii, którzy debatują, dzielą się na grupy, a czasem głosują tak całkiem jawnie. Iowa przez lata otwierała ten sezon właśnie kaukusem i przyciągała wtedy uwagę całego kraju.
No i każde takie głosowanie przekłada się na delegatów na konwencję partyjną. To na tej konwencji, latem, partia formalnie namaszcza swojego kandydata na prezydenta oraz jego kandydata na wiceprezydenta. I dopiero wtedy zaczyna się kampania właściwa — ta prawdziwa.
Wybory wypadają zawsze w ten sam wtorek
Dzień wyborów w USA jest ustawowo wbity na pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada. W praktyce wychodzi więc gdzieś między 2 a 8 listopada. Ostatnie wybory prezydenckie odbyły się 5 listopada 2024 roku, a kolejne przypadną w 2028.
A skąd akurat ten wtorek? To spadek po XIX wieku, kiedy rolnicy potrzebowali jeszcze całego dnia na dojazd do miasta, a niedziela była zarezerwowana dla kościoła. I jakoś tak ta reguła nigdy się już nie zmieniła. Coraz więcej Amerykanów głosuje jednak wcześniej — korespondencyjnie albo w punktach wczesnego głosowania, które otwierają się na całe tygodnie przed terminem.
Co ciekawe, elektorzy wybrani 5 listopada wcale nie głosują od razu. Spotykają się w swoich stanach dopiero w grudniu i wtedy oddają te formalne głosy, które na początku stycznia liczy Kongres. No i dopiero wtedy wynik staje się tak naprawdę ostateczny.
Co cztery lata prezydent, co dwa lata Kongres
Prezydenta wybieramy raz na cztery lata, ale Amerykanie chodzą do urn znacznie częściej — bo równolegle obsadzają też Kongres. Cała 435-osobowa Izba Reprezentantów jest wybierana co dwa lata. A w Senacie, który liczy 100 osób, co dwa lata wymienia się mniej więcej jedną trzecią składu, bo senatorów wybiera się na sześcioletnią kadencję.
Wybory wypadające w połowie kadencji prezydenta nazywamy midterms. Często działają one trochę jak takie referendum nad urzędującym przywódcą i potrafią odebrać jego partii większość w jednej albo i w obu izbach. No i tak właśnie stało się Barackowi Obamie w 2010 i Donaldowi Trumpowi w 2018 roku.
Polski czytelnik, przyzwyczajony do jednej tury i jednego dnia, łatwo się w tym wszystkim gubi — dobre zestawienie kalendarza amerykańskich głosowań prowadzi między innymi Polska Agencja Prasowa. Ten rytm wyborczy w USA w sumie nie ma przerwy: ledwie kończy się jedna kampania, a już ruszają przygotowania do następnej.
Zaprzysiężenie 20 stycznia zamyka cały cykl
Nowo wybrany prezydent obejmuje urząd 20 stycznia roku następującego po wyborach — podczas ceremonii zaprzysiężenia przed Kapitolem. Składa wtedy przysięgę, której treść zapisano w konstytucji, i wygłasza mowę inauguracyjną.
No i między tym listopadowym głosowaniem a styczniowym zaprzysiężeniem mija więc ponad dwa miesiące. Ten okres przejściowy służy do skompletowania administracji i przekazania władzy. Dotychczasowy prezydent urzęduje przy tym do ostatniej chwili swojej kadencji.
Prezydent może sprawować urząd najwyżej dwie czteroletnie kadencje — ten limit wprowadziła 22. poprawka do konstytucji, akurat po czterech zwycięstwach Franklina Delano Roosevelta. Osiem lat to maksimum, jakie amerykański system daje jednej osobie w Białym Domu. I tyle, koniec, więcej się po prostu nie da.