Wyobraź sobie taką sytuację: wracasz do domu, otwierasz skrzynkę, a tam list ze zdjęciem twojego auta z drogi. No i serce podchodzi do gardła, bo wiadomo, o co chodzi. Mandat z fotoradaru. I od razu w głowie jedno pytanie: jak to w ogóle zapłacić i ile mamy na to czasu? W skrócie — zwykle jest siedem dni od odebrania przesyłki, no i trzeba użyć tego indywidualnego numeru konta, który jest wpisany w dokumencie. A nie pierwszego lepszego rachunku, jaki wyskoczy nam w internecie. To akurat jeden z najczęstszych błędów, bo przelew na złe konto może się po prostu nie zaksięgować tak, jak trzeba.
A skąd to w ogóle przychodzi? Fotoradary obsługuje CANARD, czyli Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym — to taka jednostka Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego. I to właśnie stamtąd dostajemy ten list ze zdjęciem pojazdu, raportem i formularzem oświadczenia.
Mandat z fotoradaru — jak zapłacić i w jakim terminie
Najpierw musimy sobie rozróżnić dwie rzeczy, bo to ważne. Samo zdjęcie z wezwaniem to jeszcze nie jest mandat. Mandat tak naprawdę powstaje dopiero wtedy, kiedy właściciel auta przyjmie odpowiedzialność i odeśle podpisane oświadczenie. Czyli wcześniej… nic się jeszcze nie dzieje w sensie płatności.
I dopiero potem zaczyna biec termin na zapłatę. „Na zapłatę mandatu kredytowanego jest siedem dni od jego przyjęcia” — przypomina w komunikatach GITD. A jak zapłacić? W sumie tak, jak nam wygodnie — przez bankowość internetową albo zwyczajnie na poczcie czy w banku.
No i teraz najważniejsze, czyli ta jedna dana z dokumentu. „Do opłacenia mandatu należy użyć indywidualnego numeru rachunku podanego w wezwaniu” — wskazuje GITD. Każda sprawa ma swój osobny numer i dzięki temu nasza wpłata trafia tam, gdzie powinna, czyli do właściwej teczki.
Coraz częściej kierowcy korzystają też z elektronicznego biura obsługi CANARD — tam można sprawdzić status sprawy i pobrać dane do przelewu. Portal Rankomat przypomina zresztą, że te dane do płatności i tak zawsze znajdziemy na otrzymanym druku.
Oświadczenie ważniejsze niż sam przelew
Zanim w ogóle padnie pytanie o płatność, najpierw musimy wypełnić oświadczenie. I to raczej tutaj jest najważniejszy dokument w całej tej procedurze — na jego odesłanie też mamy zwykle siedem dni.
Właściciel pojazdu ma w sumie kilka dróg. Może przyznać, że to on prowadził, i po prostu przyjąć mandat. Może wskazać kogoś innego, kto akurat siedział wtedy za kierownicą. Albo może odmówić przyjęcia mandatu — no, jeśli jest przekonany, że do żadnego wykroczenia nie doszło, albo że pomiar był po prostu błędny.
Tylko że taka odmowa coś za sobą ciągnie. „W razie odmowy przyjęcia mandatu sprawa kierowana jest z wnioskiem o ukaranie do sądu rejonowego właściwego dla miejsca wykroczenia” — zaznacza GITD. I wtedy o winie i karze decyduje już sąd, a my musimy się liczyć z dodatkowymi kosztami.
A ile zapłacimy? To zależy od tego, jak bardzo przekroczyliśmy prędkość — wszystko wynika z taryfikatora. Jak wylicza serwis Motofakty, stawki zaczynają się od kilkudziesięciu złotych przy niewielkim przekroczeniu i rosną do kilku tysięcy przy naprawdę rażącej jeździe.
Do tego dochodzą jeszcze punkty karne, które od 2022 roku są wyższe — za jedno poważne wykroczenie można dostać nawet 15 punktów. I jedno trzeba zapamiętać: ignorowanie listu niczego nie załatwi. Brak reakcji i tak kończy się skierowaniem sprawy do sądu, a przedawnienie wykroczeń drogowych liczone jest w latach… więc raczej nie ma co liczyć, że samo się rozejdzie.