Słuchajcie, mało kto się nad tym w sumie zatrzymuje, ale wystarczą dwie liczby i nagle widać, jak chodzi cała ta nasza polityka. Pięć lat — tyle siedzi w fotelu Prezydent RP. Cztery lata — tyle trwa kadencja Sejmu i Senatu. I ta niby drobna różnica układa nam cały rytm tego, co dzieje się w kraju. No i przy okazji odpowiada na to pytanie, te wybory prezydenckie co to jest właściwie: to takie głosowanie, w którym wybieramy jedną osobę na czele państwa, a nie cały skład izb parlamentu.
Konstytucja akurat nie owija w bawełnę. Artykuł 127 mówi wprost, że Prezydent jest wybierany „w wyborach powszechnych, równych, bezpośrednich i w głosowaniu tajnym”. Czyli każdy z nas, kto ma do tego prawo, idzie i osobiście oddaje głos na konkretnego człowieka… i to jest ta zasadnicza różnica wobec wyborów do Sejmu. Bo tam głosujemy raczej na listy partyjne, a mandaty dzieli się potem proporcjonalnie.
Prezydenta wybiera się na pięć lat, parlament na cztery
Głowa państwa rządzi pięć lat i — co ważne — ta sama osoba może to robić najwyżej dwa razy. Konstytucja dopuszcza „ponowny wybór tylko raz” i tyle. Po dwóch kadencjach droga do urzędu jest już po prostu zamknięta, nie ma zmiłuj.
Sejm i Senat za to chodzą sobie w rytmie czteroletnim. Wybory do obu izb robi się tego samego dnia, bo Senat — choć formalnie to osobna izba — wybieramy razem z tą niższą. No i dlatego ostatnie głosowanie parlamentarne mieliśmy w październiku 2023 roku, a następne wypada w sumie dopiero na 2027.
I teraz najciekawsze: te dwie różne długości kadencji sprawiają, że cykle się nam rozjeżdżają. Prezydent i większość w Sejmie mogą spokojnie pochodzić z dwóch przeciwnych obozów, co w naszej praktyce zdarzało się raz po raz. No i tak właśnie wygląda ten ustrojowy układ po 2025 roku.
Kandydat na prezydenta potrzebuje 100 tysięcy podpisów
Żeby w ogóle zgłosić kogoś na urząd głowy państwa, musi go poprzeć „co najmniej 100 000 obywateli mających prawo wybierania do Sejmu” — tak stoi w Konstytucji. Nie zbierzesz tylu podpisów, to Państwowa Komisja Wyborcza po prostu nie zarejestruje kandydatury i koniec tematu.
W wyborach parlamentarnych ten próg wejścia wygląda zupełnie inaczej. Tam nie liczy się, ile podpisów zebrano pod jednym nazwiskiem, tylko jak wypadła cała lista. Komitet partyjny musi przekroczyć 5 procent głosów w skali kraju, a koalicja — 8 procent, żeby w ogóle załapać się na podział mandatów do Sejmu.
No i same wymagania wobec kandydatów też się różnią. Na prezydenta może startować ktoś, kto najpóźniej w dniu wyborów skończył 35 lat. Do Sejmu wystarczą ukończone 21 lata, a do Senatu — 30. A samo prawo do głosowania, czyli to czynne, mamy wszyscy od 18. roku życia… i to we wszystkich tych głosowaniach.
Żeby wygrać prezydenturę, trzeba przekroczyć połowę głosów
I tu właśnie oba typy wyborów rozchodzą się najmocniej. Prezydentem zostaje ten, kto dostanie „więcej niż połowę ważnie oddanych głosów”. Czyli mówimy o bezwzględnej większości, a nie o zwykłym byciu lepszym od reszty.
Jak w pierwszej turze nikt tej granicy nie przeskoczy, to czternaście dni później robimy drugą turę. Wchodzi do niej już tylko dwóch kandydatów z najlepszymi wynikami z pierwszego głosowania. I wtedy wygrywa ten, kto zdobędzie więcej głosów — tu już wystarczy zwykła przewaga, nic więcej.
Tak właśnie rozstrzygnęły się wybory w 2025 roku. Po pierwszej turze do dogrywki przeszli Karol Nawrocki i Rafał Trzaskowski, a w drugiej turze, 1 czerwca, urząd objął Nawrocki — wygrał różnicą rzędu jednego punktu procentowego. No i reguła „kto ma więcej, ten bierze drugą turę” zadziałała w praktyce.
Policzmy to sobie na okrągłych liczbach, tak będzie prościej. Przy 20 milionach ważnie oddanych głosów w pierwszej turze, żeby wygrać bez dogrywki, trzeba ponad 10 milionów — wystarczy 10 000 001 głosów. A kandydat z wynikiem 9,9 miliona, choćby i był pierwszy, i tak idzie do drugiej tury. W wyborach do Sejmu taka arytmetyka w ogóle nie obowiązuje, bo tam mandaty rozdziela się proporcjonalnie, metodą d’Hondta.
W Sejmie zasiada 460 posłów, w Senacie 100 senatorów
Te liczby też wyznacza nam Konstytucja. Sejm to 460 posłów wybieranych „w wyborach proporcjonalnych”, a Senat — 100 senatorów w głosowaniu większościowym. Czyli mamy dwa różne sposoby przeliczania głosów na mandaty, a wszystko w ramach jednych wyborów parlamentarnych.
Senatorów wybieramy w stu jednomandatowych okręgach. W każdym z nich mandat bierze kandydat z największą liczbą głosów — bez progu procentowego, bez żadnego podziału proporcjonalnego. No i dlatego wynik wyborów do Senatu często wygląda inaczej niż układ sił w Sejmie, mimo że głosujemy tego samego dnia.
Prezydent z kolei nie należy do żadnej z izb. Sprawuje urząd jednoosobowo i — jak ujmuje to ustawa zasadnicza — jest „najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej”. A posłowie i senatorowie działają kolegialnie, w izbach liczących setki osób. Szczegółowe zasady podziału mandatów reguluje Kodeks wyborczy opisywany przez serwis Prawo.pl.
| Cecha | Wybory prezydenckie | Wybory parlamentarne |
|---|---|---|
| Kadencja | 5 lat | 4 lata |
| Limit kadencji | maksymalnie 2 | brak |
| Wybierane stanowiska | 1 (Prezydent RP) | 460 posłów + 100 senatorów |
| Sposób liczenia głosów | bezwzględna większość, możliwa II tura | proporcjonalny (Sejm), większościowy (Senat) |
| Wiek kandydata | 35 lat | 21 lat (Sejm), 30 lat (Senat) |
| Warunek startu | 100 000 podpisów | rejestracja listy komitetu |
| Próg wyborczy | brak (decyduje większość) | 5% partia, 8% koalicja (Sejm) |
Prezydent ma weto, parlament uchwala ustawy
To, co kto może, wynika w sumie wprost z tego, kogo wybraliśmy. Sejm i Senat tworzą prawo — czyli to parlament uchwala ustawy i budżet państwa. Prezydent prawa nie stanowi, ale może je zablokować: odmawia podpisu i odsyła ustawę do ponownego rozpatrzenia. I to jest właśnie to słynne weto.
Sejm może takie weto odrzucić, tyle że potrzebuje do tego większości 3/5 głosów, i to przy obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Bez takiej większości ustawa po prostu upada. No i dlatego osobne wybory prezydenckie i parlamentarne mają realne znaczenie — rozdzielają władzę między dwa niezależnie wybrane ośrodki.
Głowa państwa reprezentuje nas też na zewnątrz i jest zwierzchnikiem sił zbrojnych. Premiera i rząd wyłania natomiast większość sejmowa, choć to prezydent formalnie desygnuje szefa Rady Ministrów. I ten cały splot uprawnień sprawia, że wynik każdego z dwóch głosowań przekłada się jakoś tam na codzienne funkcjonowanie państwa, co regularnie analizuje RMF24 w dziale poświęconym polityce.
Najbliższe terminy: prezydenckie w 2030, parlamentarne w 2027
Kalendarz wychodzi z dat ostatnich głosowań, nic odkrywczego. Skoro Karol Nawrocki objął urząd w 2025 roku, to jego pięcioletnia kadencja prowadzi nas do kolejnych wyborów prezydenckich w 2030. Wybory zarządza Marszałek Sejmu, wyznaczając je na dzień wolny od pracy, który wypada nie wcześniej niż 100 i nie później niż 75 dni przed końcem kadencji urzędującego prezydenta.
Wybory do Sejmu i Senatu zarządza z kolei Prezydent. Po tym głosowaniu z października 2023 roku następne wypadają na jesień 2027 roku. Czyli oba kalendarze biegną sobie równolegle, ale w innym tempie… i właśnie to rozsunięcie dat sprawia, że my, Polacy, idziemy do urn w sprawach prezydenckich i parlamentarnych w różnych latach.