Prawo weta, zwierzchnictwo nad wojskiem, prawo łaski no i ten podpis, bez którego żadna ustawa nie ruszy z miejsca — i wiecie co, za każdym razem, gdy prezydent odsyła ustawę z powrotem do Sejmu, my wszyscy znowu zaczynamy się o to kłócić. Akurat teraz, po niespełna roku od zaprzysiężenia Karola Nawrockiego, pytanie „co ten prezydent w sumie naprawdę może” zrobiło się jednym z najgorętszych sporów ustrojowych, jakie mamy.
Zacznijmy od początku, czyli od art. 126 konstytucji. Stoi tam, że „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej”. Brzmi dumnie, fakt… tyle że to przepis raczej ogólny i, prawdę mówiąc, nie wynikają z niego żadne konkretne kompetencje do działania.
Prezydent RP uprawnienia, czyli weto i podpis pod ustawą
No to lecimy z najmocniejszym narzędziem, jakie głowa państwa ma w ręku — weto ustawodawcze. I tu uwaga: ono jest zawieszające, a nie ostateczne. Sejm może je odrzucić, ale potrzebuje do tego większości 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. A to próg trudny do osiągnięcia, więc weto bywa skuteczne nawet wtedy, kiedy rząd ma swoją większość.
I tu ważna rzecz: prezydent nie może wziąć i wyciąć sobie pojedynczych przepisów, które mu się nie podobają. Weto idzie na całą ustawę, w komplecie. Druga opcja, jaką ma, to wysłać ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, zanim ją podpisze.
Karol Nawrocki sięga po to akurat wyjątkowo często. Według bilansu TVN24 po roku urzędowania głowa państwa skorzystała z weta 33 razy — czyli zbliża się mniej więcej do rekordu Aleksandra Kwaśniewskiego, który przez dwie kadencje zawetował 35 ustaw. A wśród tych odrzuconych aktów znalazły się m.in. tzw. ustawa wiatrakowa, regulacja rynku kryptowalut oraz przepisy o świadczeniach dla uchodźców z Ukrainy.
Prawo łaski, armia i powoływanie urzędników
No dobra, ale poza tym całym przeciąganiem liny z parlamentem prezydent ma jeszcze uprawnienia, które wykonuje sam, bez nikogo. Należy do nich prawo łaski, mianowanie sędziów na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, nadawanie obywatelstwa oraz tytułów naukowych. Jest też najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych — choć w czasie pokoju robi to nie wprost, tylko za pośrednictwem ministra obrony narodowej.
Tylko że — i to jest haczyk — większość aktów urzędowych prezydenta wymaga kontrasygnaty. Zgodnie z art. 144 konstytucji takie akty, żeby w ogóle były ważne, potrzebują podpisu premiera, a premier bierze za nie odpowiedzialność przed Sejmem. Spod tego wymogu wypadają tzw. prerogatywy, wypisane w ustawie zasadniczej… i akurat wokół samej tej nazwy robi się prawniczy spór.
Kompetencje czy prerogatywy? Spór konstytucjonalistów
No i tu się zaczyna, bo część konstytucjonalistów w ogóle podważa to, że używamy słowa „prerogatywy”. Profesor Jerzy Zajadło w rozmowie z serwisem Prawo.pl stawia sprawę naprawdę ostro.
„Na gruncie Konstytucji RP prezydent nie jest wyposażony w żadne prerogatywy, ma natomiast pewne swoje wyłączne kompetencje” — mówi prof. Zajadło. Jego zdaniem termin „prerogatywy” w odniesieniu do art. 144 ust. 3 „nie jest odzwierciedleniem konstytucyjnej rzeczywistości językowej, jest raczej próbą kreacji pewnej rzeczywistości normatywnej, której w naszej konstytucji po prostu nie ma”.
I to nie jest tak, że to tylko taka akademicka przepychanka o słówka. Bo od tego, jak szeroko czytamy te samodzielne uprawnienia głowy państwa, zależy między innymi to, czy prezydent może wstrzymywać powołania ambasadorów albo odmawiać podpisu pod aktami, które przygotował rząd. No i ten spór wraca do nas za każdym razem, gdy znowu coś iskrzy na linii Pałac Prezydencki — Rada Ministrów, o czym media regularnie piszą, w tym TVN24.