Trzy czytania w Sejmie, potem 30 dni dla Senatu i jeszcze 21 dni dla prezydenta… i dopiero wtedy gotowy projekt staje się czymś, co naprawdę obowiązuje. Brzmi jak długa droga, no i w sumie taka właśnie jest. Bo zanim odpowiemy sobie, jak powstaje ustawa w polskim systemie prawnym, musimy najpierw zobaczyć, kto i kiedy w ogóle to wszystko uruchamia.
A zaczyna się to dużo wcześniej, niż się wydaje. Zanim posłowie cokolwiek przegłosują, ktoś ten projekt musi po prostu złożyć.
Kto może zgłosić projekt ustawy
Tu nie ma dowolności — kto może, mówi wprost Konstytucja. „Inicjatywa ustawodawcza przysługuje posłom, Senatowi, Prezydentowi Rzeczypospolitej i Radzie Ministrów” — tak stanowi art. 118 ust. 1 ustawy zasadniczej. Czyli krąg jest raczej zamknięty.
Ale nie tylko oni. Projekt możemy wnieść też my, obywatele. Tyle że nie pojedynczo — to prawo przysługuje grupie liczącej „co najmniej 100 000 obywateli mających prawo wybierania do Sejmu”, jak precyzuje art. 118 ust. 2 Konstytucji.
Samo zbieranie podpisów reguluje ustawa z 24 czerwca 1999 r. o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli. I tu robi się ciekawie, bo to, jak te podpisy się liczy, bywa przedmiotem sporów — Sąd Najwyższy rozróżnia podpisy pod projektem i pod utworzeniem komitetu, a to akurat potrafi przesądzić o losie całej inicjatywy.
Jak powstaje ustawa? Trzy czytania w Sejmie
No i mamy projekt — trafia on do Sejmu, gdzie rozpatruje się go w trzech czytaniach. Pierwsze to uzasadnienie projektu przez wnioskodawcę i dyskusja nad jego założeniami, i już na tym etapie posłowie mogą projekt po prostu odrzucić.
Potem do pracy biorą się komisje, no i tam dopiero poprawki ścierają się z pierwotnym brzmieniem. Drugie czytanie zawsze odbywa się na posiedzeniu plenarnym — to akurat reguła, nie ma wyjątków.
Najpierw jednak musi być w ogóle komu głosować. Sejm uchwala ustawę zwykłą większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów, czyli minimum 230 z 460. Bez tego raczej nic z tego nie będzie.
Senat ma 30 dni, prezydent 21
Uchwaloną ustawę marszałek Sejmu przekazuje dalej, do Senatu, a ten może ją przyjąć bez zmian, wnieść poprawki albo odrzucić w całości. Tylko że czasu ma niewiele — termin jest sztywny.
„Jeżeli Senat w ciągu 30 dni od dnia przekazania ustawy nie podejmie stosownej uchwały, ustawę uznaje się za uchwaloną w brzmieniu przyjętym przez Sejm” — tak mówi Konstytucja. Czyli milczenie izby działa w sumie na korzyść projektu… ciekawa sprawa.
A gdy Senat zgłosi poprawki albo odrzuci ustawę, to sprawa wraca do Sejmu. Tymczasem ostatnie słowo przed publikacją należy do prezydenta, który na decyzję ma 21 dni od momentu, gdy dostanie tekst od marszałka.
Weto, Trybunał i Dziennik Ustaw
Prezydent może ustawę po prostu podpisać, ale ma też dwa narzędzia obronne. „Prezydent może zawetować ustawę, czyli przekazać ją Sejmowi do ponownego rozpatrzenia” — wyjaśniają materiały Kancelarii Senatu.
Ale weto wcale nie kończy sprawy. Sejm może je odrzucić większością 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów — i wtedy prezydent musi ustawę podpisać, nie ma wyjścia.
Druga droga to Trybunał Konstytucyjny — prezydent może skierować ustawę do kontroli zgodności z Konstytucją jeszcze przed podpisaniem. Zasady tej tzw. kontroli prewencyjnej opisuje szerzej ngo.pl.
No i po podpisie zostaje już ostatni, taki czysto formalny krok. Ustawa wchodzi w życie dopiero po ogłoszeniu w Dzienniku Ustaw, zwykle po 14-dniowym vacatio legis, choć konkretny termin każdy akt wskazuje sobie sam. I bez tej publikacji żaden przepis po prostu nie obowiązuje, mimo całej tej długiej drogi.
Więcej o tym, jak proces legislacyjny wygląda w praktyce, pokazują losy projektów, które utknęły gdzieś między czytaniami.