Stoisz w lokalu, w ręce trzymasz tę wielką płachtę papieru i przez sekundę nie wiesz, gdzie właściwie postawić ten krzyżyk. Znasz to? No właśnie, chyba każdy tak miał. Większość z nas chodzi głosować, ale jak się nad tym zastanowić dłużej, to mało kto wie, co się z tym naszym głosem dzieje potem. A dzieje się sporo, naprawdę. Konstytucja z 1997 roku w artykule 96 ujmuje to dość krótko: „Wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne oraz odbywają się w głosowaniu tajnym”. I to jedno zdanie w sumie ustawia całą tę maszynerię, która co cztery lata wpuszcza do izby niższej parlamentu 460 posłów.
Bo widzisz, na pytanie „jak właściwie działają te wybory w Polsce” nie ma jednej prostej odpowiedzi. Mamy aż pięć różnych głosowań, i każde liczy się trochę inaczej. Sejm po swojemu, Senat po swojemu. Prezydent inaczej, a radny gminy jeszcze inaczej. No i tu się akurat zaczynają wszystkie nasze nieporozumienia.
Pięć rodzajów wyborów, pięć różnych zasad
Chodzimy do urn w pięciu typach głosowań: do Sejmu, do Senatu, na prezydenta, do Parlamentu Europejskiego i w wyborach samorządowych. I każde z nich ma swój własny kalendarz, no i własną ordynację, którą znajdziesz w Kodeksie wyborczym z 5 stycznia 2011 roku.
Zacznijmy od podstaw. Czynne prawo wyborcze, czyli to, że w ogóle możemy głosować — ma je każdy obywatel, który najpóźniej w dniu głosowania kończy 18 lat. A bierne prawo wyborcze, czyli to, że my sami możemy zostać wybrani, zależy już od tego, o jakie wybory akurat chodzi. I bywa ustawione wyżej.
No i tak. Posłem zostaniesz po ukończeniu 21 lat. Senatorem dopiero jak przekroczysz trzydziestkę. A na prezydenta możesz kandydować, jeśli masz skończone 35 lat. Te progi są wpisane wprost do konstytucji i nie ma od nich żadnych wyjątków … ani jednego.
Cały ten cyrk organizuje Państwowa Komisja Wyborcza, razem z komisarzami wyborczymi i tysiącami obwodowych komisji. To one liczą głosy w noc wyborczą i to ich protokoły są potem podstawą oficjalnych wyników. Czyli nie sondaże z telewizji, tylko właśnie te papiery.
Sejm liczy się proporcjonalnie, metodą D’Hondta
W wyborach do Sejmu dzielimy kraj na 41 okręgów wielomandatowych. W każdym jest do wzięcia od 7 do 20 mandatów, zależnie od tego, ilu ludzi tam mieszka. A ty jako wyborca stawiasz jeden krzyżyk, przy nazwisku konkretnego kandydata z jednej listy.
Mandaty rozdziela się proporcjonalnie do liczby głosów, ale dopiero wtedy, kiedy lista przekroczy próg. Kodeks wyborczy przewiduje tu 5 procent dla komitetów partyjnych i 8 procent dla koalicji. Komitety mniejszości narodowych są akurat z tego progu zwolnione.
No i teraz najciekawsze, czyli jak się te głosy zamienia na mandaty — robi się to metodą D’Hondta. Liczbę głosów każdej listy dzieli się kolejno przez 1, 2, 3, 4 i tak dalej, a mandaty lecą do największych ilorazów. Ten mechanizm premiuje większe ugrupowania i to wcale nie przypadek — taki był właśnie cel ustawodawcy.
Pokażę ci to na przykładzie, bo na sucho brzmi to dziwnie. Załóżmy okręg z 5 mandatami i trzy listy: lista A ze 100 tysiącami głosów, lista B z 60 tysiącami i lista C z 40 tysiącami. Ilorazy dla A to 100, 50, 33, dla B 60, 30, 20, a dla C 40, 20, 13 (wszystko w tysiącach). Pięć najwyższych wartości z tego wszystkiego to 100, 60, 50, 40 i 33. I co wychodzi … lista A bierze trzy mandaty, lista B jeden, lista C jeden. Czyli mimo że A miała 100 tysięcy, a C tylko 40 tysięcy, to różnica w mandatach wynosi dwa, a nie dwa i pół raza.
Senat działa odwrotnie — wygrywa jeden
Tu jest zupełnie inna bajka, bo obowiązuje zasada zwykłej większości. Kraj dzielimy na 100 jednomandatowych okręgów i w każdym mandat zgarnia ten kandydat, który ma najwięcej głosów. Nie musisz przekraczać 50 procent, wystarczy że jesteś pierwszy i już.
Konstytucja w artykule 97 ujmuje to tak: „Wybory do Senatu są powszechne, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym”. Zwróć uwagę — brakuje tu słowa „proporcjonalne”. I to wcale nie przez pomyłkę, tylko celowo, bo Senat wybieramy większościowo.
A skutki tego bywają naprawdę zaskakujące. Ugrupowanie, które w skali całego kraju dostaje mniej głosów, może i tak zgarnąć więcej mandatów senackich — wystarczy, że wygra w wystarczającej liczbie tych pojedynczych okręgów. No i właśnie dlatego przed wyborami partie zawiązują tak zwane pakty senackie, czyli dogadują się i dzielą okręgami, żeby sobie nawzajem głosów nie odbierać.
Wybory do Sejmu i Senatu odbywają się tego samego dnia. A kadencja obu izb trwa cztery lata.
Prezydenta wybiera się bezwzględną większością
Artykuł 127 konstytucji nie zostawia tu żadnych wątpliwości: „Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany przez Naród w wyborach powszechnych, równych, bezpośrednich i w głosowaniu tajnym”. Kadencja trwa pięć lat, a tę samą osobę można wybrać najwyżej dwa razy.
Żeby wygrać już w pierwszej turze, kandydat musi zdobyć więcej niż połowę ważnych głosów. A jeśli nikomu się to nie uda, no to dwa tygodnie później mamy drugą turę — wchodzi do niej dwóch kandydatów z najlepszym wynikiem. I w tej dogrywce wystarcza już zwykła większość.
W praktyce ta pierwsza tura raczej rzadko kończy sprawę. Od 1995 roku wybór głowy państwa prawie zawsze rozstrzygał się dopiero w drugiej turze, czyli w takim bezpośrednim pojedynku dwóch nazwisk.
A żeby w ogóle wystartować, kandydata na prezydenta musi poprzeć co najmniej 100 tysięcy obywateli mających czynne prawo wyborcze. Podpisy zbiera się na listach poparcia i składa do PKW jeszcze przed rejestracją.
Eurowybory i samorząd rządzą się jeszcze inną logiką
Do Parlamentu Europejskiego Polska wybiera 53 eurodeputowanych. Głosowanie jest proporcjonalne, kraj dzielimy na 13 okręgów, a próg wynosi 5 procent w skali kraju. Mandaty przelicza się metodą D’Hondta, czyli mniej więcej tak samo jak w wyborach do Sejmu. Kadencja europosła trwa pięć lat.
A wybory samorządowe to już w sumie osobny rozdział, bo dotyczą kilku szczebli naraz: rad gmin, rad powiatów, sejmików województw oraz wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. W gminach do 20 tysięcy mieszkańców radnych wybiera się większościowo, a w tych większych — proporcjonalnie, z progiem 5 procent. Wójtów i prezydentów miast wybieramy bezpośrednio, większością bezwzględną, z ewentualną drugą turą.
Zebrałem to wszystko w tabelce, bo tak się chyba najłatwiej połapać, czym się te głosowania od siebie różnią:
| Wybory | System | Liczba mandatów | Próg | Kadencja |
|---|---|---|---|---|
| Sejm | proporcjonalny, D'Hondt | 460 | 5% / 8% koalicje | 4 lata |
| Senat | większościowy | 100 | brak | 4 lata |
| Prezydent | większość bezwzględna | 1 | brak | 5 lat |
| Parlament Europejski | proporcjonalny, D'Hondt | 53 | 5% | 5 lat |
| Wójt / prezydent miasta | większość bezwzględna | 1 | brak | 5 lat |
Cisza wyborcza i sposoby głosowania
Na 24 godziny przed głosowaniem i w jego trakcie obowiązuje cisza wyborcza. Czyli zakazana jest wtedy agitacja, publikowanie sondaży i nawoływanie do głosowania na konkretnego kandydata. Jak złamiesz ten zakaz, to grozi za to grzywna, a w przypadku sondaży sięga ona nawet miliona złotych … więc w sumie lepiej sobie odpuścić.
Lokale w dniu wyborów są otwarte od godziny 7 do 21. I zaraz po zamknięciu komisji stacje telewizyjne pokazują sondaż exit poll, ale pamiętaj — to jest wyłącznie szacunek pracowni badawczych. Oficjalne wyniki ogłasza dopiero PKW, jak już przeliczy wszystkie protokoły.
No i głosować możemy nie tylko w lokalu. Kodeks dopuszcza głosowanie korespondencyjne, dostępne między innymi dla osób z niepełnosprawnością i seniorów po 60. roku życia, a do tego głosowanie przez pełnomocnika. Jeśli akurat jesteś za granicą albo poza miejscem zameldowania, to możesz pobrać zaświadczenie o prawie do głosowania albo dopisać się do spisu w wybranym obwodzie. Szczegółowe zasady obu tych trybów opisuje serwis prawo.pl.
Frekwencja, która zaskoczyła komentatorów
Wybory parlamentarne z 15 października 2023 roku przeszły do historii, jeśli chodzi o liczbę głosujących. Frekwencja sięgnęła wtedy 74,38 procent i była najwyższa w wolnej Polsce — wyższa nawet niż w tych pierwszych, częściowo wolnych wyborach z 1989 roku. Skalę całej tej mobilizacji i kolejki przed lokalami opisywała wtedy między innymi redakcja OKO.press.
Dla porównania — w poprzednich wyborach do Sejmu, w 2019 roku, do urn poszło 61,74 procent uprawnionych. Czyli skok o ponad dwanaście punktów procentowych w cztery lata, a to w naszych realiach jest wynik naprawdę rzadki.
A najniższą frekwencję notują tradycyjnie wybory do Parlamentu Europejskiego. W 2019 roku wyniosła ona 45,68 procent, a w 2014 roku spadła w ogóle poniżej 24 procent — i był to jeden z najsłabszych rezultatów w całej Unii. To samo społeczeństwo, te same urny, a różnica w mobilizacji ogromna.
Na koniec jeszcze taka formalność, o której się raczej zapomina. Ważność wyborów do Sejmu, Senatu i wyborów prezydenckich stwierdza Sąd Najwyższy. Robi to po rozpatrzeniu protestów wyborczych, które każdy z nas może złożyć w ustawowym terminie, jeśli ma jakieś zastrzeżenia do przebiegu głosowania albo liczenia głosów. Dopiero po tym etapie wynik staje się ostateczny, a nowo wybrani posłowie i senatorowie mogą złożyć ślubowanie. Zasady składania tych protestów i terminy reguluje Kodeks wyborczy, a nadzór nad całą procedurą i tak zostaje po stronie PKW.