Wyobraź sobie taką scenę: ktoś przy stole rzuca „no bo NATO…” i wszyscy kiwają głowami, choć tak naprawdę mało kto wie, o czym właściwie mowa. No i o tym sobie tu pogadamy, spokojnie, po kolei. Ale zanim wejdziemy głębiej, dwie liczby, żeby było wiadomo, o czym rozmawiamy: traktat założycielski podpisano 4 kwietnia 1949 roku w Waszyngtonie, podpisało się pod nim wtedy dwanaście państw, a sam dokument to Traktat Północnoatlantycki. Czyli, najprościej mówiąc, NATO to sojusz wojskowo-polityczny, w którym napaść na jednego jest traktowana jako napaść na wszystkich. Dziś liczy 32 państwa.
Bo to akurat taki temat, który wraca co chwilę w wiadomościach, a my przez to przelatujemy oczami i jakoś tam udajemy, że rozumiemy. A w sumie wystarczy chwilę usiąść i sobie to poukładać… i nagle wszystko zaczyna mieć sens.
No to lecimy od podstaw. Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego, czyli z angielskiego North Atlantic Treaty Organization, ma siedzibę w Brukseli. Skupia kraje z Ameryki Północnej i z Europy, a tym, co ją trzyma w kupie, jest zasada zbiorowej obrony. Najmłodszym członkiem jest raczej Szwecja, która oficjalnie dołączyła 7 marca 2024 roku.
NATO co to jest i kto je tworzy
Zacznijmy od tych pierwszych. Dwanaście państw założycielskich to Stany Zjednoczone, Kanada, Wielka Brytania, Francja, Belgia, Holandia, Luksemburg, Dania, Norwegia, Islandia, Włochy i Portugalia. No i przez kolejne dekady to się rozrastało, raz szybciej, raz wolniej. Polska weszła do sojuszu w 1999 roku, razem z Czechami i Węgrami.
A ostatnia fala rozszerzenia? To w sumie była reakcja na rosyjską inwazję na Ukrainę. Finlandia przystąpiła do paktu w kwietniu 2023 roku, a niespełna rok później dołączyła Szwecja. No i tak właśnie sojusz doszedł do tej liczby 32 członków.
I tu jedna ważna rzecz, o której łatwo zapomnieć: NATO to nie jest państwo ani jakiś superrząd. To raczej sojusz suwerennych krajów, które trzymają swoje armie, swoje budżety i swoje decyzje polityczne. Pakt natomiast koordynuje wspólne planowanie obronne i dowodzenie… i tyle, nic więcej.
Artykuł 5 użyto w historii tylko raz
Sercem całego traktatu jest artykuł 5, czyli ta słynna kolektywna obrona. Zbrojna napaść na jednego sojusznika oznacza atak na cały blok, a państwa zobowiązują się, że pomogą. Brzmi to trochę jak automatyczna wojna, ale nie do końca — bo każdy kraj sam decyduje, jaką formę wsparcia wybierze.
I co ciekawe, ten zapis uruchomiono dotychczas jeden jedyny raz. Stało się to po zamachach z 11 września 2001 roku w Stanach Zjednoczonych. No i tu mała niespodzianka: sojusz powołał go w obronie najpotężniejszego członka, a nie tego najsłabszego.
Obok niego mamy jeszcze artykuł 4, który działa wcześniej i, powiedzmy, ciszej. Pozwala on państwu zwołać konsultacje sojuszników, kiedy czuje, że jego bezpieczeństwo jest zagrożone. Polska sięgała po ten mechanizm między innymi po incydentach na granicy i naruszeniach przestrzeni powietrznej.
Decyzje zapadają jednomyślnie, a nie większością głosów
Tu jest pewien haczyk, o którym mało kto wie. Wszystkie kluczowe ustalenia w NATO podejmuje się na zasadzie konsensusu. Czyli w praktyce jedno państwo może zablokować decyzję całej trzydziestodwójki. Głównym forum politycznym jest Rada Północnoatlantycka, w której każdy kraj ma równy głos.
Na czele administracji stoi sekretarz generalny. Od 1 października 2024 roku funkcję tę pełni były premier Holandii Mark Rutte, który zastąpił Norwega Jensa Stoltenberga. Sekretarz przewodniczy obradom i reprezentuje sojusz, ale uwaga — wojskami nie dowodzi.
Bo za stronę wojskową odpowiada osobna struktura. Operacjami w Europie kieruje Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych w Europie, w skrócie SACEUR. Stanowisko to tradycyjnie obejmuje amerykański generał, co raczej dobrze pokazuje, jaką rolę USA odgrywa w pakcie. Więcej o kulisach politycznych funkcjonowania sojuszu pisze oko.press.
Cel 5 proc. PKB do 2035 roku zmienia reguły gry
No i teraz coś, co naprawdę namieszało. Przełom przyniósł szczyt NATO w Hadze, który odbył się od 24 do 26 czerwca 2025 roku. Sojusznicy zgodzili się tam podnieść poziom wydatków na obronność do 5 proc. PKB rocznie do 2035 roku. To spory skok wobec wcześniejszej wytycznej z 2014 roku, która zakładała pułap 2 proc.
Ten nowy cel ma dwa składniki, a mianowicie: co najmniej 3,5 proc. PKB ma trafiać na twarde zdolności wojskowe, a kolejne 1,5 proc. na szeroko rozumiane bezpieczeństwo, w tym infrastrukturę i cyberobronę. Zobowiązanie przyjęło 31 z 32 państw, bo wyłączenie wynegocjowała sobie Hiszpania. Postępy mają zostać sprawdzone w 2029 roku, o czym szerzej pisał Business Insider Polska.
| Element wydatków | Udział w PKB | Termin |
|---|---|---|
| Twarde zdolności wojskowe | min. 3,5% | 2035 |
| Szeroko rozumiane bezpieczeństwo | 1,5% | 2035 |
| Łącznie (nowy cel z Hagi) | 5% | 2035 |
| Stara wytyczna (szczyt z 2014 r.) | 2% | wytyczna |
A Polska? Polska to akurat jeden z liderów tej tabeli. Już w 2025 roku jej wydatki przekroczyły poziom, do którego inni dopiero dążą, sięgając okolic 4,7 proc. PKB. Czyli wydajemy na armię proporcjonalnie więcej niż większe gospodarki Europy Zachodniej.
Polska w NATO od 1999 roku korzysta z parasola sojuszu
Wschodnia flanka to dziś najbardziej rozbudowany obszar obecności wojskowej paktu. Po 2022 roku sojusz zwiększył liczbę grup bojowych i przesunął siły bliżej granicy z Rosją i Białorusią. U nas, w Polsce, stacjonują rotacyjnie żołnierze amerykańscy oraz wielonarodowa grupa pod dowództwem USA.
Sojusz prowadzi też stałe misje, które raczej rzadko trafiają na czołówki. Należy do nich Air Policing, czyli całodobowa ochrona przestrzeni powietrznej państw bałtyckich przez myśliwce sojuszników. Polskie i alianckie samoloty regularnie startują, żeby przechwycić rosyjskie maszyny nad Bałtykiem.
No i członkostwo to nie tylko zaszczyty, ale też obowiązki — te przemysłowe i logistyczne. Państwa flanki budują magazyny, drogi i mosty, które są w stanie przyjąć ciężki sprzęt, gdyby trzeba było szybko przerzucić wojska. Polska realizuje przy tym własny program zbrojeń, kupując czołgi i wyrzutnie między innymi w Korei Południowej i w Stanach Zjednoczonych.